archiwum wolności

Stefan Kuriata

Historia polskiej wioski Dowbysz na żytomierszczyźnie.
Wspomnienia Stefana Kuriaty – prezesa Polskiego Towarzystwa w Dowbyszu.


Dowbysz wyzwolili pierwszego stycznia w 44 roku. Ojca powołano w szeregi Armii
Czerwonej. Był na froncie. Został ranny pod Warszawą, na Wiśle. Leżał w polskim szpitalu
wojskowym. Po wyzdrowieniu jeszcze służył przez rok. W 46 roku demobilizował się
i powrócił tu, do Dowbysza, gdzie pracował w redakcji gazety „Staliniec”. Wszystko szło
dobrze, ciężko pracował, mieliśmy swoje gospodarstwo, konie, budynek. Jednak pewnego
pięknego dnia mój starszy brat przyszedłszy do szkoły przywitał się z uczniami po polsku:
powiedział głośno „Dzień dobry”. I tego samego dnia został wyrzucony ze szkoły za
„nacjonalistyczny nastrój”. A był już w dziesiątej klasie. Gdy ojciec przyszedł do domu, to
nie było brata. Bał się reakcji ojca i uciekł. No więc ojciec zbił mnie grożąc: „zabiję, jeśli i ty
będziesz rozmawiał po polsku. Nie chcę, żeby nas wywieźli na Sybir”. I tak język polski
został w naszym domu zakazany. Mogliśmy mówić tylko po rosyjsku i po ukraińsku.
A zaczęliśmy rozmawiać po polsku dopiero w 90 roku. Tak więc, wcześniej bito mnie za to,
że po polsku rozmawiałem – a teraz dostaje mi się za to, że po polsku nie mówię. Co mam
robić, kto mi poradzi? Może ktoś w Polsce podpowie mi, co robić? I zarzucają mi, „czemu
pan nie mówi dobrze po polsku?”Pamiętam i wiem, że pradziad, Stanisław Kuriata, był

wojskowym urzędnikiem. Potem, podczas rewolucji, mój dziadek także był wojskowym.
Tato urodził się w 1900 roku. On także nazywał się Kuriata Stanisław, Antonowicz. Był
oddany na służbę do carskiej armii ale kiedy zaczęła się rewolucja w 17 roku, bolszewicki
przewrót, mój tato opuścił wojskową uczelnię i powrócił do Dowbysza aby być razem
z rodzicami. Mój dziadek, Kuriata Antoni, Pawłowicz, w tym czasie był w austriackim
obozie jenieckim. Gdy powrócił z niewoli w 20 roku, w Dowbyszu była już ustanowiona
władza radziecka. Oni ukryli fakt, że byli oficerami carskiej armii i długo ukrywali się na
folwarku. Tam nie pokazywali się i z czasem zatarło się w pamięci ludzi, że oni byli carskimi
oficerami.


Autonomiczny rejon „Marchlewszczyzna”
Po ustanowieniu bolszewickiej władzy na tych terenach, została stworzona wielka,
potężna baza materialno­techniczna. Zbudowano wszystkie budynki administracyjne:
szpital, szkoła, biblioteka, siedziba Rady Wiejskiej, oddział rejonowy partii, zarząd rejonu.
Wyremontowano też miejscową fabrykę porcelany. Za bolszewików, w latach 25­30, funkcjonowała cała infrastruktura. Jednak w 29 roku rozpoczęła się kolektywizacja. I kiedy w innych obwodach wstąpiło do kołchozów 50­60 procent mieszkańców, to na terytorium
Marchlewszczyzny wstąpiło tylko 5­6 procent. A były takie wioski u nas, gdzie w ogóle nikt
nie wstąpił do kołchozów. Przyczynił się do tego Kościół rzymsko­katolicki, prowadząc
wśród wiernych wielką akcję uświadamiania, że kolektywne gospodarstwo jest szkodliwe
i nie przyniesie niczego dobrego. I za to zresztą Kościół miał później drogo zapłacić. W Dowbyszu, stanowiącym wówczas stolicę rejonu Marchlewskiego, w 34 roku został aresztowany
ksiądz Welik. Był on więziony do 38 roku – a w czterdziestym pierwszym został rozstrzelany w żytomierskim więzieniu. I więcej księży już tutaj nie było. Bolszewicy znęcali się nad
katolikami, jak tylko mogli. Mam dokumenty potwierdzające to znęcanie się – jak chodzili
po domach, szukali świętych obrazów i krzyży, szukali religijnych książek. I wszystko to
palono. Były takie agit­brygady, które to wszystko niszczyły.
Wróćmy jednak do kolektywizacji. Nasz rejon Marchlewski był na szarym końcu
z punktu widzenia udziału w kolektywizacji. Bolszewicy gdzieś powynajdywali takich
osobników, którzy pomimo polskiego pochodzenia wstąpili do kołchozów i chodzili po
domach, zabierali dobytek, znęcali się nad ludźmi i poprzez tę przemoc, zastraszenie,
wciągali niektórych do kołchozów. Jednak pomimo wszystko, nasza społeczność – a Polacy
stanowili tu wówczas 98 procent mieszkańców – przeciwstawiała się temu. Polscy mieszkańcy walczyli jak mogli ale nie wiedzieli, co ich czeka w niedalekiej przyszłości. To była ich
wielka tragedia.
Chciałbym tu podkreślić taki charakterystyczny szczegół. Otóż, w tym czasie, gdzieś
w 24 roku, odrodziła się spożywcza kooperacja w ramach systemu bolszewickiego. Po
polsku to „spółdzielnia spożywców”. Odrodziła się i do tej spółdzielni spożywców Polacy
bardziej wstępowali aniżeli do kołchozów. Oni wnosili do spółdzielni swoje areały i za to
otrzymywali towary. I na przykład, kto nie był członkiem takiej spożywczej kooperacji, to
nie mógł kupić chleba, bo był wprowadzony system kartkowy. Zaraz panu pokażę taką
książeczkę systemu kartkowego, z której wyrywało się kupony na mięso, chleb, cukier,
i wszystko inne. I gdy w innych obwodach, na przykład w charkowskim, donieckim,
winnickim, połtawskim, do tych spółdzielni spożywczych wstępowało tylko 5­6 procent, to
nasi Polacy byli tak sprytni, że do spółdzielni wstąpiło aż 70 procent mieszkańców. Prawie wszyscy dorośli mieszkańcy autonomicznego rejonu Marchlewskiego wstąpili do spółdzielni
spożywców, bo oni zrozumieli, że pieniądze są nic nie warte, bo za nie towaru nie kupisz.
A jak jesteś członkiem spożywczej kooperacji, to za kartki dostaniesz towar w sklepach
spółdzielczych. Natomiast nikt z Polaków nie chciał przyłączać się do kołchozów – aż do 35
roku.
W latach 33­35 u nas w Dowbyszu i okolicy było trzy tysiące indywidualnych gospodarstw rolnych. Do 37 roku wszystkie te trzy tysiące gospodarstw zostało siłą włączonych
do kołchozu. Rozbierano budynki gospodarcze i cały inwentarz zwożono do kołchozu.
Stuacja była bez wyjścia i wszyscy musieli przystąpić do kolektywnego gospodarstwa, ponieważ rozpoczęły się represje.
Wcześniej, w latach 32­33 dużo szkody w naszym rejonie Marchlewskim spowodował
głodomór. Co prawda, w samym Marchlewsku takiego wielkiego głodu się nie odczuwało.
A to z tej prostej przyczyny, że ogromna większość gospodarzy nie przystąpiła do kołchozu
i oni mieli na swojej ziemi jakieś urodzaje. Mieli możliwość przechować swoje zboże, swój
chleb, swoją fasolę. A ci, którzy żyli w miastach albo w osiedlach miejskiego typu, tam spec
brygady bolszewików wszędzie wyszukiwały zapasy żywności – w ziemi, w gnojowisku,
w domostwach, pod podłogą, w podwójnych ścianach. Wszystko obstukiwali, znajdowali
i zabierali. W swoim archiwum mam zeznania świadków głodomoru. Wszystko to mam
u siebie. Kontynuując tę kwestię, dlaczego dowbyszanie przeżyli głodomór, trzeba
powiedzieć, że funkcjonowała tutaj fabryka porcelany. Otóż, w fabryce była stołówka, gdzie
pracownicy mogli się pożywić. A jaki by to nie był ojciec albo matka, to w zawiniątku
przynosili do domu trochę tej kaszy czy kawałek chleba. Poza tym pracowała piekarnia,
która za talony wydawała chleb członkom spółdzielni spożywczej, do której miejscowi
Polacy masowo wstąpili. Ale do Dowbysza przybywali obcy ludzie z innych okolic i oni
umierali po prostu na ulicach. Była u nas specjalna brygada, która zbierała umarłych
i zwoziła na uroczysko Adamków, gdzie ich chowano. Mam zapisane na dysku relacje
świadków, dowbyszan, którzy opowiadają jak wówczas zbierano z ulic na wpół jeszcze
żywych ludzi i zwożono ich do Adamkowa. Pojedziemy na to cmentarzysko i pan zobaczy
to miejsce, gdzie ich pochowano.
Ogólnie biorąc, tutejsi Polacy względnie dobrze przetrzymali okres głodomoru.
Według oficjalnej statystyki zmarło z głodu tylko sześćdziesięciu mieszkańców. W innych
okolicach zdarzały się nawet, zwłaszcza w południowej części rejonu, przypadki
ludożerstwa, gdy rodzice zjadali zmarłe z głodu dzieci. Jak trzeba, to mogę podać nazwiska.
Były takie fakty, że rodzice nie wytrzymywali psychicznie, zamykali swoje dzieci w chacie,
podpalali domostwo i sami rzucali się w ogień. W wiosce Niwna, gospodarz z trojgiem
dzieci, w sytuacji bez wyjścia, podpalił dom z dziećmi i żoną a potem sam wskoczył w ogień.
Wcześniej jeździł z prośbą o pomoc do władz rejonowych ale rejon w niczym mu nie
dopomógł. Mam dużo dokumentów na temat wielkiego głodu.
Gdy tworzono autonomiczny rejon „Marchlewszczyzny”, to liczył on ponad 42
tysiące ludzi. Potem, od 35 roku, rozpoczęły się represje. Do 38 roku wywieziono z naszych
wiosek na Sybir 16 tysięcy Polaków. Na ich miejsce przysłali „gołodrańców” – z obwodu
charkowskiego, donieckiego, połtawskiego i jeszcze z jakichś innych obwodów.
W pozostałych po Polakach domach kwaterowano też demobilizowanych żołnierzy, którzy
odsłużyli już swój okres służby wojskowej. Dawano im pomoc materialną i osiedlano
w budynkach po zesłanych Polakach. Na przykład u pana Karpińskiego skonfiskowano

budynek, rodzinę zesłano, a w budynku osiedlono „czerwono­armijców” gdzieś z obwodu
połtawskiego. Rozumie pan? To byli ludzie, jacy nie byli przyzwyczajeni do pracy
w gospodarstwie. W owym czasie nie znane było takie ukraińskie słowo „bomż”­ ale to były
właśnie takie bolszewickie „bomże”, którzy nie chcieli pracować i wódka była u nich na
pierwszym planie, a praca w gospodarstwie ­ na ostatnim.
To były straszne czasy. To były takie straszne czasy, że nie da się ich panu opowiedzieć. Zabierano ludzi w środku nocy, wywożono do Żytomierza i bezpodstawnie
rozstrzeliwano. Mego dziadka po linii matki, Rafała Domalewskiego, oskarżono, że jest
polskim szpiegiem. On nie umiał czytać i pisać. Co on mógł szpiegować? Za to miał w swoim gospodarstwie 4 woły, trzy pary koni i 5 hektarów ziemi. Rozumie pan? On ciężko
pracował uprawiając ziemię. Miał żonę i wychowywał dzieci. A oni go oskarżyli, że jest
polskim szpiegiem.


Likwidacja „Marchlewszczyzny”
W 35 roku zlikwidowano polski narodowy autonomiczny Rejon Marchlewski
i w Dowbyszu rozpoczęły się czarne dni. Bardzo wielu Polaków zesłano lub rozstrzelano –
a ich jedyną winą było to, że byli Polakami. Słowo „Dzień dobry” albo „Niech będzie
pochwalony” – to były słowa przynoszące śmierć. Dla władz to była „antysowiecka propaganda”. Jeśli chodzi o Kościół, to pozostało w całym obwodzie żytomierskim jedynie 4
kościoły i trzech księży. Cała reszta została zniszczona. Księży rozstrzeliwano lub zsyłano do
łagrów, a kościoły zamykano, robiono w nich magazyny, kluby lub warsztaty. To było straszne.
Z samego Dowbysza rozstrzelano 170 mężczyzn. Rozstrzelano ich w różnych
miastach: w Doniecku, w Charkowie ale najwięcej w Żytomierzu. Mam pełny spis tych
rozstrzelanych Polaków. Przygotowujemy teraz taką tablicę pamięci ofiar stalinowskich
represji. Wypiszemy na niej wszystkie nazwiska. Nie tak ogólnie, że u nas rozstrzelano 170
mężczyzn. Nie. To będzie po familii, z nazwiskami. Arabski, Domalewski, Bagiński, i tak
dalej, w latach 35­37 aresztowani i rozstrzelani. I takich nazwisk jest 170. Chcemy ich nazwiska uwiecznić.
Podam panu jeszcze taki ciekawy przykład. Po rewolucji, przysłano tutaj przybyłego
z Polski człowieka, który pracował tu jako milicjant, dzielnicowy inspektor. Pewnego razu
przyszedł do domu, położył pistolet na stole i poszedł zajmować się gospodarstwem. Jego
mniejszy syn wziął ten pistolet, nacisnął na spust i przypadkowo trafił starszego brata, raniąc
go w szczękę. Ojca zwolnili z milicji, a po dwóch latach, w 35 roku, aresztowali i rozstrzelali.
Ale nie za to, że nieostrożnie obchodził się z bronią, lecz za to, że był jakoby polskim
szpiegiem. I gdy niedawno jego wnuczka chciała otrzymać Kartę Polaka, to ona nie mogła
dowieść konsulowi Sawickiemu, że ma polskie pochodzenie. A to dlatego, że jej ojciec
i matka, po tamtej tragedii, od razu zapisali się jako Ukraińcy. I ich dzieci już byli jako
Ukraińcy. No więc ja pojechałem do archiwum Służby Bezpieczeństwa Ukrainy i wziąłem
dokument, gdzie jej dziadka, Ignacego Twardowskiego, oskarżono jako polskiego szpiega.
Przekazałem ten dokument Komisji i dzięki temu ta wnuczka otrzymała Kartę Polaka. Ona
była taka uradowana. Bo jak ona mogła udowodnić, że jest Polką, że ma polskie pochodzenie? Chodzi do kościoła, czyta i pisze po polsku, a w dokumentach ma napisane – Ukrainka. Rozumie pan? Ona była taka szczęśliwa. U nas 150 dowbyszan otrzymało już Kartę Polaka. Nie dlatego, żeby przenieść się do Polski ­ ale dla poczucia dumy. Ja nie pojadę do
Polski oglądać za darmo te muzea. Ja nie pojadę tam szukać tych kolei, na które miałbym 50
procent zniżki.
Ja nie pojadę. Rozumie pan? Ale ja chcę, żeby moje wnuki wiedziały, że jestem Polakiem, że mam polskie pochodzenie. I że oni także są Polakami, że oni też mają polskie
pochodzenie.
No, Polacy jakoś tutaj przeżyli. Pozostało gdzieś około 50 procent polskich
mieszkańców, a 50 procent wyniszczono. Rozpoczęła się wielka wojna ojczyźniana. Niemiec
ruszył tutaj, na nas. No, nasi wojowali. Wszyscy ojcowie i dziadkowie wojowali. Jak się
potem niestety okazało, żeby nie siedzieć w niemieckich obozach jenieckich po trzy lata,
a siedzieć w naszych łagrach po piętnaście lat. Rozumie pan? Bo w niemieckim obozie
jenieckim więcej niż trzy lata nie siedziałeś – albo na wolność, albo umierasz. A w naszych
łagrach siedziało się po piętnaście lat, a niektórzy i po dwadzieścia lat. Oni walczyli –
rozumie pan – a potem szli do więzienia, do łagru, na długie piętnaście, dwadzieścia,
a rzadko kiedy tylko na dziesięć lat.


Pod niemiecką okupacją
Gdy w 41 roku Niemcy przybyli do Dowbysza szóstego lipca, to zebrali wszystkich
ludzi i wybrali starostę, policję, wszystko. I przysłali tu do nas naczelnika żandarmerii.
Nazywał się Kocyjan. To był dość rozumny Niemiec. W pierwszej kolejności wszystkich
bolszewików i komsomolców wyłapał i kazał rozstrzelać. Żydzi u nas kręcili się jeszcze
przez około pół roku. Kto miał możliwość, to uciekł. A kto nie uciekł, to w końcu przyszedł
rozkaz aby wyłapać ich, co do jednego. No i wyłapano ich i rozstrzelano. Według księgi
pamięci Dowbysza – trzy osoby. Jednak dużo więcej Żydów wyłapano z okolicznych
wiosek. Gdzieś około sto do stu dwudziestu Żydów rozstrzelano w Dowbyszu, tam w lesie
sosnowym na uroczysku.
Trochę inaczej było z rodzinami „partyzanckimi”. Jeśli ktoś związany był z partyzantami i Niemcy go nie złapali, to naczelnik żandarmerii Kocyjan rozkazał, żeby nie
czepiać się ich rodzin. I przez okres wojny – od czterdziestego pierwszego po czterdziesty
trzeci rok – w Dowbyszu nie rozstrzelono ani jednej osoby, ani jednego członka rodziny
partyzantów.
Naczelnik Kocyjan wprowadził też ostre zasady postępowania policji. Gdy np.
policjanci zastrzelili jakiegoś mieszkańca, to naczelnik nakazywał wszczęcie śledztwa.
I wówczas policjantów wsadzano na trzy doby do aresztu, dopóki nie zostało wyjaśnione, na
jakiej podstawie oni tego człowieka zastrzelili. Rozumie pan? I to w pewnej mierze ocaliło
Dowbysz. Ponadto w Dowbyszu pracowały wszystkie infrastruktury i przedsiębiorstwa:
warsztat szewski, warsztaty wielobranżowe, poczta, telegraf, fabryka porcelany, promkombinat, młyn, łaźnia. Funkcjonowała spółdzielnia spożywców, trzy sklepy i piekarnia.
Pracowały też dwa kołchozy. Wszystko to funkcjonowało. Ludzie mieli pracę i za tę pracę
otrzymywali pieniądze. A jak mieli pieniądze, to mogli kupować towary. Z Dowbysza 95
osób zostało zabranych na przymusowe roboty do Niemiec. Większość z nich powróciło.
Tylko 10 procent nie powróciło, bo dziewczęta powychodziły tam za mąż, mężczyźni
pożenili się. A 90 procent powróciło tutaj na ziemię ojczystą i potem bardzo gorzko tego
żałowało.

Minęła wojna
Rozpoczęła się odbudowa, tak po naszemu, po komunistycznemu, „ludowej gospodarki”. No i rozpoczął się istny szturm. Do Dowbysza, do naszej fabryki porcelany, do
kołchozów, przysłano bardzo wielu różnych pomocników partyjnych z Donbasu, z obwodu
charkowskiego, z Połtawy. Co prawda szybko wszystko ruszyło, kołchozy zaczęły pracować
ale urodzaje były bardzo niskie.
A moja rodzina? Mój ojciec w czasie wojny pracował dla podziemia. To znaczy,
pracował w niemieckiej żandarmerii, realizując zadania organów NKWD. Pracował z nim
też niejaki Apolinary Orczyński, który był naczelnikiem radiowęzła. Wcześniej był nim za
władzy radzieckiej, potem za Niemców, a jak Niemcy odeszli, to nadal był naczelnikiem
radiowęzła za władzy bolszewickiej – aż do 56 roku, kiedy to przeszedł na emeryturę. Tak
więc oni razem z ojcem pracowali za Niemców dla podziemia, zbierając wszelkie informacje,
o które prosiły miejscowe oddziały partyzanckie czy podziemne organy NKWD. Pomagali
miejscowym partyzantom, przekazując im broń, żywność, a w szczególności lekarstwa, opatrunki.
Ja tylko nie wiem po co im były te opatrunki, bo nie słyszeliśmy, żeby partyzanci,
którzy stacjonowali w lasach pod Dowbyszem, byli gdzieś poranieni czy brali udział
w walce. No ale medykamentów bardzo dużo im przekazano. Tak naprawdę, partyzanci
głównie zajmowali się grabieżą. Mam w swoim archiwum paręset zeznań świadków, którzy
zaświadczali, że partyzanci a to wieprzka zabrali, a to krowę, kożuch, dobytek. Wszystko
zabierali. Grabież i pijaństwo ­ to było głównym zajęciem sowieckiej partyzantki, która
chowała się w lesie pod Dowbyszem. Oni do brawurowej walki nie rzucali się. Co prawda,
mieli tylko jedną potyczkę z dowbyską policją. Zginęło wówczas dwudziestu policjantów
i szesnastu partyzantów, i to w sytuacji, gdy partyzanci napadli z zaskoczenia. Rozumie pan?
Tak więc, partyzanci nie byli zdolni do podjęcia otwartej walki.


Okres „pierestrojki”
W drugiej połowie lat 80­tych zaczęła rozwijać się u nas parafia katolicka. Przyjechał
ksiądz Fitko, odprawił pierwszą mszę. Po nim przyjechał ksiądz Aleksander Milewski.
I zaczęło tu kipieć. Ludzie żądali kościoła. Chcieli wybudować kościół. Bardzo długo władze
sprzeciwiały się temu ale w końcu wydzieliły na ten cel działkę i dali pozwolenie na budowę
kościoła. W 1995 roku budowa kościoła została zakończona. Od razu zorganizowano przy
kościele nauczanie języka polskiego.
Ja w tym czasie, od osiemdziesiątego piątego, aż po dziewięćdziesiąty pierwszy rok
mieszkałem w Żytomierzu. Byłem tam dużą „szychą”, bo miałem stanowisko naczelnika
przemysłu piekarniczo­mięsnego w obwodzie żytomierskim. Podlegało mi dwadzieścia
osiem piekarni, szesnaście masarni, czternaście wytwórni wód gazowanych, cztery zakłady
konserwowo­suszarnicze oraz trzy kombinaty przetwórstwa spożywczego. I ja tym wszystkim kierowałem przez sześć lat. Ale kiedy rozpoczęła się pierestrojka, to zrozumiałem, że
wszystko to pójdzie na marne. Dlatego w 1991 roku dobrowolnie zrzekłem się tego
stanowiska. Przekazałem zarządzanie swemu zastępcy i powróciłem do Dowbysza na
stanowisko dyrektora miejscowej piekarni, które wcześniej zajmowałem przed przeniesie­niem do Żytomierza.
Pracując na tym stanowisku miałem możność pomagać w budowie kościoła. Wraz
z księdzem Aleksandrem organizowałem zbiórkę funduszy. Moja rodzina dużo w tym
dziele pomogła. Jak przeliczyć to na hrywny, to przekazaliśmy na budowę kościoła gdzieś
do stu tysięcy hrywien. Zorganizowaliśmy stołówkę dobroczynną, w której karmiliśmy
gdzieś od 40 do 60 osób. Z mojego przedsiębiorstwa przekazywałem dla przykościelnej
stołówki wszystko, co mogłem: a to worek mąki, a to worek cukru, a to na święto Matki
Bożej Fatimskiej trzeba było dać parafii pieczywo dla pielgrzymów, i tak dalej. Cały czas tak
dawałem, dopóki ksiądz Aleksander nie przeniósł się do Łucka. Ale przybyli inni księża i oni
trochę inaczej ustawili działalność parafii. Oni więcej zwracali uwagę nie tyle na sprawy
materialne, nie tyle na rozwój kościoła jako obiektu fizycznego ­ a bardziej na kościół
w sercu, w duszy, na rozwój duchowy parafian. Rozumie pan? Rozpoczęło się organizowanie różnych imprez religijnych: festiwale maryjnej pieśni, różne konkursy, wystawy,
pielgrzymki. Jak powiedział święty Stefan, w ścianach nie ma Boga – on powinien być
w sercu. Jeśli Boga nie ma w sercu, to jeśli nawet na każdym metrze ściany powiesisz ikonę,
to i tak on tam się nie pojawi.


Nauczanie języka polskiego
Zauważyliśmy, że język polski w Dowbyszu nie jest nauczany, tak jak trzeba. Ja już
w tym czasie byłem prezesem miejscowego polskiego towarzystwa. No więc napisałem list
do polskiego konsula generalnego w Kijowie, a był nim wówczas Eugeniusz Panek, że potrzebna nam jest nauczycielka języka polskiego. I on, razem z konsulem Eugeniuszem
Jabłońskim, przywiózł nam wspaniałą nauczycielkę od polskiego ­ Jolantę Prachę. I dzięki
temu zapoczątkowaliśmy w miejscowej szkole naukę języka polskiego ­ od pierwszej do
czwartej klasy. Wiedzieliśmy jednak, że na woluntariuszach daleko nie zajedziemy. Wybraliśmy więc dwie tutejsze dziewczyny i wysłaliśmy je na uniwersytet do Lublina, na studia
pedagogiczne z języka polskiego. Ta przywieziona do nas nauczycielka popracowała przez
dwa lata i powróciła do Polski. Na jej miejsce przyjechała z Polski druga nauczycielka – Irena
Mereznik. Załatwiliśmy wówczas u władz rejonowych, żeby język polski był w naszej szkole nauczany nie tylko jako przedmiot fakultatywny, ale właśnie jako przedmiot obowiązkowy, i to od pierwszej do dziesiątej klasy. Najpierw język polski, potem historia Polski i geografia Polski.
Nasz budynek szkoły był już zniszczony i stary, zbudowany w 1929 roku. Za jednego
z dyrektorów szkoła została więc rozebrana i miała zostać zbudowana nowa. Ale budowy
nowej szkoły nie rozpoczęto przez pięć kolejnych lat. Dzieci uczyły się w tymczasowo
przystosowanych pomieszczeniach. Wreszcie rozpoczęto budowę nowej szkoły – to był rok
1995­ty. I wtedy przyjechał do mnie szef administracji rejonowej i powiedział, że nie ma na
budowę szkoły dosyć środków i żebym postarał się aby pomogła w tym Polska. Pojechałem
więc do Kijowa, do pani Niżyńskiej, która była zastępcą prezesa Federacji Organizacji
Polskich na Ukrainie, i poprosiłem ją o pomoc w staraniach. Ona dała mi adresy polskich
instytucji i ja napisałem listy z prośbą o pomoc. Spotkałem się też w Żytomierzu z senatorem
polskim, Adamem Struzikiem i zaprosiłem go do Dowbysza. On przyjechał, zobaczył jaka
jest sytuacja i zdecydował, że Polska powinna nam pomóc. My prosiliśmy o 700 tysięcy
dolarów ale w Polsce była akurat wielka powódź, to były lata 95­96. Dostaliśmy jednak 300 tysięcy dolarów i w ten sposób pomogliśmy władzom rejonowym w budowie szkoły. Ale ja
wówczas poradziłem stronie polskiej aby w umowie z władzami ukraińskimi umieściły
zapis, iż pomoc ta będzie udzielona tylko pod warunkiem, że w nowej szkole będzie prowadzona nauka języka polskiego. I rzeczywiście, w umowie prezes Wspólnoty Polskiej zapisał,
że warunkiem pomocy finansowej jest nauczanie w szkole języka polskiego oraz żeby dyrektor szkoły lub co najmniej jego zastępca był polskiego pochodzenia. Strona ukraińska
przyjęła te warunki i na dyrektora oraz zastępcę wybrała osoby polskiego pochodzenia.
Nowa szkoła została oddana do użytku w 1997 roku. Są dwie polskie klasy, gdzie język
polski jest nauczany obowiązkowo. Historia Polski i geografia Polski też oczywiście po
polsku, no i nauczanie języka polskiego w tych dwóch pionach klasowych od pierwszej do
dziesiątej klasy. Wszystkie inne przedmioty po ukraińsku. Aktualnie w naszej szkole uczy
się 780 dzieci, a z nich około 380 uczy się w polskich klasach. Sporo naszych dzieci jest
stypendystami „Semper Polonia”, a kilkoro wyjechało do szkół w Polsce na podstawie programu „Jan Paderewski”. Gdańska fundacja oświatowa pomogła nam i przyjęła sześcioro
naszych uczniów, którzy już ukończyli liceum w Gdańsku i dostali się na studia w Krakowie, we Wrocławiu i w Warszawie.
Czy mam nadzieję, że oni po studiach powrócą do Dowbysza? Niestety, nie sądzę, że wrócą.


Rosyjskojęzyczne wspomnienia 69-­letniego Stefana Kuriaty nagrał w Dowbyszu,
przetłumaczył i opracował – Jacek Borzęcki

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przejdź do treści