archiwum wolności

Błażej Krajewski

Wywiad z Błażejem Krajewskim, byłym działaczem antykomunistycznym.

– Gratuluję Ci, Błażeju, odznaczenia za działalność antykomunistyczną „Krzyżem Wolności i Solidarności”. Powiedz, proszę, kilka słów o rodzinie, z jakiej się wywodzisz, bo pewnie swój patriotyzm wyniosłeś z domu rodzinnego?

-Pochodzę z Bodzechowa koło Ostrowca Świętokrzyskiego, a patriotyczne wychowanie odebrałem głównie od mojej mamy. Mogę powiedzieć, że zostałem przez mamę wychowany “na Sienkiewiczu”. Zresztą i nasze historie rodzinne zawierały wątki patriotyczne. Mój pradziadek, Ludwik Grochulski, brał udział w Powstaniu Styczniowym, gdzie podczas “Bitwy Bodzechowskiej” wyniósł z pola bitwy rannego właściciela Bodzechowa, młodego szlachcica hrabiego Jankowskiego. Jako ciekawostkę podam że na dworze Jankowskich w Bodzechowie w latach dzieciństwa często bywał Witold Gombrowicz. Pradziadek Ludwik został później zesłany na Sybir. Po pewnym czasie, dzięki staraniom rodziny Jankowskich, został z tej zsyłki zwolniony, ale zarazem wcielony do armii carskiej, w której służba trwała wówczas aż 20 lat. Tu muszę wspomnieć, że jego syn, a mój dziadek Franciszek Grochulski, też został wcielony do armii carskiej gdzie odsłużył 20 lat. Warto tu też dodać, że ten mój kielecki okręg znany był z działalności partyzanckiej w Drugiej Wojnie Światowej. To były różne formacje: od patriotycznej Armii Krajowej, po komunistyczną Armię Ludową czy też Brygadę Świętokrzyską. I te tradycje partyzanckie dotyczyły także naszej rodziny. Brat mojej mamy był egzekutorem w oddziale AK. Pewnego razu dostał rozkaz rozstrzelania swego szwagra, męża mojej ciotki, który  był jeszcze przedwojennym członkiem Komunistycznej Partii Polski. Na szczęście dowódcą miejscowym Armii Krajowej był ksiądz proboszcz Nita, który zgodził się, aby darować szwagrowi życie pod warunkiem wyrzeczenia się przez niego jakiejkolwiek działalności politycznej. Wujek przeprowadził ze szwagrem poważną rozmowę i odebrał od niego przyrzeczenie, że nigdy nie będzie angażował się w jakąkolwiek działalność partyjną. No i wyrok nie został wykonany. Muszę przyznać, że gdy w czasach mojego dzieciństwa jeździłem na rowerze obok domu ciotki, to pamiętam tego jej męża który po pracy siedział na przydomowych schodach i czytał „Trybunę Ludu”. Aż do emerytury pracował w hucie jako kowal i na pewno mógłby wyżej zajść, gdyby wstąpił do partii komunistycznej. Jednak nie zrobił tego dotrzymując danego memu wujkowi słowa.  

-Może parę wspomnień o swoich nastoletnim buncie z długimi włosami? 

-Moja młodość przypadła akurat na okres fascynacji hippisowskiej w Polsce. Mając 14 lat mieszkałem wtedy już z rodzicami w Ostrowcu Św. I uległem tej fascynacji. Urwałem się więc z domu i wraz z grupą znajomych stworzyliśmy jedną z komun hipisowskich w Solcu nad Wisłą. Trwało to przez pół roku. To był właśnie taki jakby protest przeciwko tej rzeczywistości peerelowskiej. To była taka chęć wolności, która wyrażała się m.in. w długich włosach i w tej muzyce płynącej z Radia Luksemburg, a później z programu trzeciego Polskiego Radia. To wszystko napawało nas takim optymizmem. Jednak po pół roku milicjanci rozwalili ten nasz hippisowski dom, a nas ostrzygli robiąc nam na głowie takiego “irokeza”, strzyżonego przez środek. To był rok chyba siedemdziesiąty czwarty czy piąty, no i mój pierwszy nieprzyjemny kontakt z peerelowską milicją.  

-No i przymus powrotu do rodzinnego domu i szkolnego życia?                

-Tak, wróciłem wówczas do Ostrowca. A że wywalili mnie z  technikum, więc poszedłem do przyzakładowej zawodowej szkoły metalowej. Po jej skończeniu rozpocząłem pracę w hucie na wydziale stalowni oraz wróciłem do dalszego kształcenia w technikum hutniczo-mechanicznym, tylko już wieczorowym. Gdy jednak w 5 semestrze (przedostatnim) wymienili nam bardzo dobrą panią profesor od  języka polskiego oraz historii na wyznawczynię jedynie słusznej obowiązującej doktryny, to rzuciłem tę szkołę. Po prostu uważałem, że nie mam tam po co chodzić, ponieważ same przedmioty zawodowe nie interesowały mnie w ogóle.                                            

-Rok 76-ty i koniec lat siedemdziesiątych to bunt robotników przeciwko podwyższaniu przez rząd cen żywności i jednocześnie sprzeciw intelektualistów przeciwko dyktaturze komunistycznej. Czy w jakiś sposób przyłączyłeś się do tego buntu? 

-Ja nie brałem udziału w tych strajkach i nie angażowałem się jeszcze w żadną działalność tego typu, choć w domu słuchałem wraz z rodzicami audycji Radia Wolna Europa. Pamiętam jednak, że z naszej huty, gdzie wówczas pracowałem, pojechała delegacja aktywistów partyjnych do Radomia aby potępić tamtą akcję protestacyjną w 76-ym roku. Huta w Ostrowcu była dużym zakładem zatrudniającym 23 tysiące pracowników. Mój wydział, czyli stalownia, zatrudniał 4 i pół tysiąca osób, a w moim dziale utrzymania ruchu – czyli elektrycy, mechanicy – byłem jednym z 900 zatrudnionych.  

-A kiedy i jak dojrzał w Tobie bunt przeciwko komunistycznym władzom PRL-u? 

-To było wiosną 80-go roku. Wtedy jeszcze nie było u nas w Ostrowcu żadnych strajków. Wracałem główną ulicą miasta, przy której mieściła się Komenda Milicji i na przeciwko Zakładowy Dom Kultury, gdzie w Klubie “Perspektywy” współorganizowałem dyskoteki. No i koło tego Domu Kultury wisiał na drzewie olbrzymi plakat, na którym widniał orzeł w koronie na tle symbolu “Polski Walczącej”. Jak sobie to przypominam, to aż mi się łzy do oczu cisną. Wówczas po prostu zamurowało mnie. Czułem się jakbym cud jakiś zobaczył. Znałem te symbole z historii, ale w PRL-u one były przecież czymś niemożliwym. A już zupełnie szokujące było to, że po drugiej stronie ulicy była Komenda Milicji. Plakat ten informował, że o godzinie 17-tej, czyli za dwie godziny, odbędzie się spotkanie z panią  Moczulską na temat więźniów politycznych w PRL-u. Oczywiście poszedłem tam. No i od tego się wszystko zaczęło. To całkowicie zmieniło moje dalsze życie. Tam poznałem m.in. Sławka Kapustę, czy też Rokitę późniejszego przywódcę KPN w Ostrowcu. I po tym spotkaniu założyliśmy Komitet Obrony Więzionych Za Przekonania w Ostrowcu Świętokrzyskim. Pojechaliśmy też ze Sławkiem do Warszawy na spotkanie przy Wyższej Szkole Gospodarstwa Domowego. Byłem wtedy jakby oszołomiony. To był dla mnie zupełnie inny świat, inni ludzie, jakaś forma konspiracji.  

-Jak spędziłeś ten okres od wiosny 80’ – do pamiętnego sierpnia 80’? 

-Od maja zaczął się ruch turystyczny, a ja bardzo bylem zaangażowany w PTTK. No więc uczestniczyłem w spływach, w wyprawach górskich. No i przyszedł sierpień i rozpoczęły się strajki w Gdańsku. A w ostatni tydzień sierpnia również i u nas Ostrowcu było podburzenie. Były próby strajku w hucie: raz, drugi, trzeci na poszczególnych wydziałach. Niestety – nieudane. Po 4, 5 godzinach zaprzestawali strajku. 

Podczas dopołudniowej zmiany ja wraz z Ryśkiem Krakowiakiem i Pękalskim (obaj młodzi inżynierowie świeżo po studiach) oraz Krzysztofem  Bębenkiem – tak sobie rozmawiamy, że tam jakoś nie mogą się zdecydować: strajkują i zaraz przestają. No i właśnie ten Pękalski wpadł na pomysł i mówi: -Słuchaj, oni jakby nie wiedzą czego chcą, więc napiszmy postulaty o co w tym wszystkim chodzi. No bo przecież znamy te postulaty gdańskie, mniej więcej. No i napisaliśmy te postulaty na kartce, a moja koleżanka ze szkoły, Halina Szopa, sekretarka w gabinecie kierownika Wydziału, “wytłukła” to na maszynie w dwustu egzemplarzach, bo na maszynie pisała od razu w kilku kopiach. Te wydrukowane na maszynie postulaty poroznosiliśmy po wydziałach stalowni. A stalownia była potentatem w hucie, bo pracowało tu parę tysięcy osób. 

-No i co tam było w tych postulatach? 

-Oczywiście podwyżki płac i lepsze warunki socjalne, ale też wolne związki zawodowe i możliwości decydowania o warunkach i jakości pracy. No i żeby te żądane zmiany odbywały się po rozmowach z załogą, tak abyśmy mieli udział w planowaniu i w zamierzeniach. Było to dosyć ambitne. No i ustaliliśmy, że ja mam to roznieść na poszczególne piece i oddziały stalowni, i też dać na inne oddziały nowego zakładu Huty Ostrowiec. Termin rozpoczęcia strajku był w tych ulotkach wyznaczony na następny dzień od godziny szóstej rano. Czyli pierwsza zmiana przychodzi do pracy i wstrzymuje produkcję. Wygaszanie pieca to był kosztowny biznes. Nie da się ot tak od razu wyłączyć pieca, bo stal by zastygła i “kaplica”. Byłoby już po piecu. Ten proces musiał być zaplanowany tak, aby zakładowi strat nie przynosić. No, ale to było zaplanowane na następny dzień. Ja te ulotki poroznosiłem po piecach, a kolega Andrzej po innych wydziałach huty, no i tak sobie siedzimy. Około godziny trzynastej w stalowni zapanowała cisza. Wiesz, każdy piec to był jakby ryk startującego odrzutowca, a tu nagle cisza. Kolega mówi: -Słuchaj, oni kurwa chyba już dzisiaj zaczęli ten strajk! Polecieliśmy do tych pieców i rzeczywiście: oni już stanęli, już strajkują! Miało się to zacząć od jutra, ale oni nie czekali do następnego dnia, do szóstej rano.                                               

-Czy pamiętasz dokładnie który to był dzień sierpnia?  

 -Nie pamiętam, ale to było na pewno gdzieś pod koniec sierpnia, przed podpisaniem porozumień w Gdańsku. Atmosfera w kraju była taka, że ludzie byli zdesperowani i czekali tylko na sygnał. No i w naszej hucie tym sygnałem były te rozniesione po wydziałach postulaty, które sformułowali dwaj inżynierowie: Pękalski i Krakowiak. A w tej grupie inicjatorów byli jeszcze: jeden brygadzista, ja i dwóch kolegów elektryków, bo byliśmy akurat wtedy na dyżurce sterującej ruchem, czyli jakby w “sercu” całej stalowni.    

-Jak długo trwał ten strajk? 

-Niedługo, półtorej dnia. No bo przyjechali członkowie dyrekcji, odbyli spotkanie z załogą i zapewnili, że wezmą pod uwagę te nasze postulaty. Zapowiedzieli kolejne spotkanie za dwa tygodnie, na którym mieli przedstawić swoje propozycje co do tego jak to wszystko rozwiązać. Oczywiście, to już nie było potrzebne, bo w międzyczasie odbyło się w Gdańsku “Porozumienie Sierpniowe” z Rządem PRL, no i powstał Niezależny Samorządny Związek Zawodowy “Solidarność”. 

-Czy wstąpiłeś wówczas do “Solidarności”? 

Otóż nie. Rozpoczynał się okres górskich rajdów turystycznych oraz jesiennych spływów kajakowych i zajmowałem się w tym czasie ich współorganizacją, a tamte sprawy już się samoistnie kręciły, pojawili się inni aktywnie działający nowi związkowcy. Oczywiście cieszyłem się, że robotnicy zwyciężyli i uzyskali to co chcieli, no i że w jakimś niewielkim stopniu i ja się do tego przyczyniłem, ale już w tym momencie nie ciągnęło mnie ani do działalności związkowej, ani zresztą do partii politycznych. Jednocześnie nie odpuszczałem jednak swego zaangażowania w Ruch Obrony Więzionych za Przekonania. I tak pierwsze miesiące 81-go roku to były wyjazdy ze Sławkiem Kapustą do Warszawy na spotkania Komitetu Obrony Więzionych za Przekonania. Uczestniczyłem też w organizowaniu Marszu Gwieździstego na Warszawę. Ludzie z różnych miast, z całej Polski mieli demonstracyjnie z transparentami iść do Warszawy. To miała być taka patriotyczno-narodowa pielgrzymka w obronie więzionych za przekonania i w domaganiu się wolności. Ogólnopolskim organizatorem marszu była Konfederacja Polski Niepodległej. Rozmiar przygotowań tej inicjatywy był tak duży, że podobno na państwowe urzędy, na komunistów, padł blady strach. Tak przynajmniej twierdzono w audycjach Radia “Wolna Europa”. Jednak ani władze nie próbowały nas zastraszyć, ani nikt z nas nie czuł żadnego strachu przed komunistyczną władzą, przed milicją.  

– Czy udał się ten “Marsz Gwiaździsty”?                                                

-Niestety nie. Wszystko było już dograne, przygotowane, ale KPN w ostatniej chwili wycofał się i odwołał wyruszenie tego marszu. Zapewne powodem były bardzo silne naciski władz komunistycznych. Można sobie wyobrazić czego się one obawiały. Z Ostrowca miało uczestniczyć w Marszu ponad 50 osób – i to tylko z mego towarzyskiego kręgu. Ludzie byli wtedy bardzo zaangażowani. Z całej Polski mogłoby to być nawet kilkadziesiąt tysięcy. Niestety, KPN-owscy organizatorzy wycofali się z marszu, a ja w konsekwencji zająłem się swoimi sprawami i przez jakiś czas był spokój.

– Jak doszło do tego, że zostałeś internowany?

-Ten spokój w moim życiu trwał do 12 grudnia 81-go roku. Albowiem tegoż dnia około godziny 22-giej, gdy wróciłem z imienin kolegi i poszedłem spać, zbudziła mnie właścicielka domu, w którym wynajmowałem mieszkanie i mówi: -Panie Błażeju, panowie do pana przyszli. Wstałem z łóżka, zachodzę do kuchni, a tam stoi czterech milicjantów z “kałachami”. Zdębiałem, a oni mówią: -Niech pan się ubierze. Pojedziemy, bo chcieliśmy z panem porozmawiać. Nie miałem pojęcia o co chodzi. Wyszliśmy z domu, mróz jak cholera, wszędzie zaspy śniegu. Przed domem dwa “gaziki”. Władowali mnie do jednego z nich i zawieźli na komendę. Tam sprawdzili moje dane, dowód osobisty, no i dwaj milicjanci sprowadzili mnie na tak zwany “dołek”. Nawiasem mówiąc to miejsce było już mi dawniej znane, bo ja nie zawsze bywałem grzeczny w swoim okresie hipisowsko-rozrywkowym. Tym razem po zejściu na “dołek” zbaraniałem: sześć pootwieranych cel i cały korytarz wypełniony ludźmi, a w dodatku prawie wszyscy znajomi – z Huty, z “Solidarności, z Ruchu Obrony Więzionych za Przekonania, z KPN-u, no i z Mszy św. za Ojczyznę, w których zawsze uczestniczyłem. W sumie było tam ze 40 osób. No i po czterech godzinach porozrzucali nas po celach i zaczęli po kolei z cel wywoływać po parę osób. Poczułem się trochę niepewnie, gdy wyprowadzili mnie z Leszkiem Kidoniem i zaprowadzili nas do jednego z ciężarowych “Starów” przerobionych na więźniarki. Do każdego pakowali po sześć osób, plus za kratą milicjant z bronią i drugi jako kierowca. Więźniarki ruszyły i gdy tak jechaliśmy przez ładnych parę godzin spytaliśmy milicjanta, gdzie nas wiezie, a on ani słowa, ale wygląd miał niepewny i nawet wystraszony. Tak samo zresztą jak i my. Mówiąc szczerze miałem “czarne” myśli i nawet szepnąłem do Leszka Kidonia, że po wyjściu z więźniarki trzeba się rzucić na jednego z milicjantów i zabrać mu karabin, „no bo i tak nas przecież zabiją”. Naprawdę baliśmy się, że wyprowadzą nas przed doły śmierci i dostaniemy w “czapę”, albo że trafimy do Sowietów i skończymy w syberyjskich łagrach. Przecież nikt nie miał złudzeń, że Polska jest niepodległa i nie pod zaborem rosyjskim.

– Gdzie was ostatecznie zawieziono?                                                        

– Gdy więźniarka wreszcie stanęła usłyszeliśmy charakterystyczny dźwięk rozsuwanych bram więziennych, a gdy wyszliśmy, to dobiegły nas ludzkie głosy. No i odetchnęliśmy, bo to były głosy polskie. -A więc jesteśmy u naszych, a nie w Rosji! Okazało się, że nas przywieziono do aresztu śledczego w Kielcach, wcześniej przygotowanego jako więzienie. No i najpierw były cele zbiorowe, a potem już kilkuosobowe. Ja siedziałem w jednej celi z Wojtkiem Arczyńskim, sędzią z Kielc, z Leszkiem Kidoniem, ze ślusarzem Mundkiem ze Zwolenia oraz z nauczycielem historii, profesorem Miturą. Pamiętam, że ten 50-letni ślusarz Mundek (nazwiska nie pamiętam) tak się uskarżał: -Całe życie pracowałem uczciwie, nikt mnie niczego nigdy nie zarzucił, milicjant mówił mi na ulicy “dzień dobry”,  no a teraz mnie do „wińźnia” zamknęli.

– Więzienie nowe, ale rozumiem, że luksusów i specjalnego traktowania tam nie było?

-Tym się to od normalnego więzienia różniło, że my nie mieliśmy “wychowawcy”, który resocjalizował więźniów, tylko mieliśmy “opiekuna”, który pytał czy coś potrzebujemy. W sumie niewiele mógł nam dostarczyć, ale odnosił się do nas przyjaźnie. Muszę też przyznać, że służba więzienna traktowała nas bardzo dobrze, na przykład pozwalała nam leżeć na łóżkach bez żadnych ograniczeń.  Poza tym były normalne rygory więzienne, a więc byliśmy zamknięci w celi i tylko godzina dziennie spaceru na więziennym “spacerniaku”.  

Pewnie poinformowano was z jakiego powodu tam się znaleźliście?

-Tak, na “dzień dobry” usłyszeliśmy przez więzienny radiowęzeł przemówienie Jaruzelskiego o wprowadzeniu Stanu Wojennego w całym kraju. Dwa dni później oznajmiono nam, że zostaliśmy internowani i mamy się podporządkować obowiązującym rygorom. Poza tym nic szczególnego się nie działo aż do świąt.

-No właśnie, jak wyglądało to więzienne Boże Narodzenie?

– 25 grudnia, przyjechali do nas biskupi, zarówno ten z naszej sandomierskiej diecezji, jak i z Kielc. Byli też księża, którzy odprawili parę Mszy świętych, bo było nas około sześćdziesięciu i w niewielkiej świetlicy więziennej wszyscy by się nie zmieścili. Później pojawili się księża ze świątecznymi paczkami z żywnością, no i zebrali nasze domowe adresy aby wspomóc rodziny paczkami żywnościowymi i poinformować je o miejscu naszego pobytu. Bo przez pierwszy tydzień nasze rodziny nie wiedziały gdzie jesteśmy i co się z nami dzieje. Milicja na ich zapytania odpowiadała, że nie ma w tej sprawie żadnych informacji. Rodziny były więc przerażone, tym bardziej że w niektórych zakładach wybuchły strajki okupacyjne, w tym także w Kopalni “Wujek”, gdzie w wyniku brutalnej pacyfikacji od kul milicyjnych zginęło 9 górników, a wielu innych odniosło rany. Moi bliscy dowiedzieli się tylko, że prawdopodobnie wywieziono nas gdzieś do Kielc, ale nikt nie wiedział czy to prawda. No i dopiero po Świętach dotarła do nich oficjalna informacja o miejscu internowania i o zgodzie dla rodzin na “widzenie”. No i zaczął się ten ruch związany z przyjazdem odwiedzających nas rodzin.   

-Czy w tym ośrodku byli internowani jacyś znani działacze “Solidarności”?    

-Tak, było tam trochę osób znaczących w skali kraju. W celi tuż obok naszej siedział Julek Braun (rodzina Grzegorza Brauna), późniejszy szef m.in. Telewizji Polskiej, a także dziennikarz w “Echu Dnia” i “Słowie Ludu”. On zaczął redagować – a myśmy ręcznie przepisywali przez kalki – Tygodnik Więzienny “KRATA”. Siedział też obok naszej celi (choć tylko przez pewien czas, bo co miesiąc przenosili nas do innych celi) sędzia Jerzy Stępień, późniejszy działacz w Platformie Obywatelskiej.

-Czy ubecy przesłuchiwali was w ośrodku internowania?

-Owszem, gdzieś po miesiącu zaczęły się takie “rozmowy”. Funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa wywoływali nas z cel na przesłuchania. Do tej pory funkcjonariusze odnosili się do nas raczej normalnie. A tym razem, gdy wymijająco odpowiadałem na pytania, to taki stary “ubek” chwycił za pałkę i – rzucając się na mnie jakby do bicia – wrzasnął: -Bo jak ci zaraz gówniarzu przypierdolę, to będziesz inaczej gadał!  Ja miałem wówczas zaledwie 22 lata, ale dobrze wiedziałem od doświadczonych działaczy antyreżimowych, że na konkretne pytania należy odpowiadać: “nie wiem, nie pamiętam”, lub tylko ogólnikowo, unikając szczegółów, w tym zwłaszcza podawania faktycznych miejsc przebywania kolegów na wolności, czyli w tzw. “podziemiu”. Pomijam już taki szczegół, że gdy pozwolił mi podczas przesłuchania zapalić papierosa, to ostentacyjnie położyłem na stole pudełko zapałek z narysowanym symbolem „Polski Walczącej”. No i facet sczerwieniał ze złości. Gdy zaczął mnie wypytywać o kolegów z celi, to odmówiłem odpowiedzi i na kolejne pytania odpowiadałem: nie wiem, nie pamiętam. No i wtedy pojawił się „dobry” ubek, który łagodnym głosem zauważył, że nie jestem w nastroju do dalszej rozmowy i zaproponował spotkanie z nim w innym dniu.

-A czy namawiali was do podpisania tzw. „lojalki”?                                                     

-Tak, zachęcali do podpisu takiego oświadczenia, że „jeżeli wyjdę na wolność to będę przestrzegał przepisów Stanu Wojennego”. Zacząłem się zastanawiać: podpisać, czy nie podpisać? No i wtedy prawnicy z celi, czyli Stępień i Arczyński stwierdzili, że w zasadzie ewentualny podpis niczego nie zmienia, bo jeśli mimo podpisu nie będziemy stosowali się do tych rygorów Stanu Wojennego i wpadniemy w łapy „ubecji”, to przecież i tak nas zamkną. Za dwa tygodnie, czyli gdzieś w połowie marca 82-go roku była kolejna rozmowa podczas której trzech nas z jednej celi podpisało to oświadczenie, no i na Święta Wielkanocne wyszliśmy na wolność: Leszek Kidoń, profesor Mitura i ja.                                      

-A jak było z przestrzeganiem tej „lojalki”?

-Postanowiliśmy z Leszkiem, że przez dwa tygodnie dajemy sobie spokój, a później się spotkamy i porozmawiamy o tym, co dalej robić. No i spotykaliśmy się z Leszkiem, Sławkiem Kapustą i z takim starszym panem Zielińskim z „Solidarności”, a także z Robkiem Minkiną, który wyszedł z internowania w lipcu. Robek był założycielem i pierwszym szefem KPN-u w Ostrowcu. No i jesienią 82-go roku rozpoczęliśmy kolportowanie pism z regionu „Mazowsze” i z Krakowa. Tak więc w Ostrowcu, tu na terenie huty zaczął się pojawiać m.in. Tygodnik „Mazowsze”.

-Czy wróciłeś do pracy w hucie?

-Tak, wróciłem do huty. Zresztą dwukrotnie byłem wzywany do SB, gdzie musiałem udokumentować, że pracuję, no i byłem ostrzegany, że zamkną mnie znowu w razie nielegalnej działalności. Po okresie spokoju zacząłem oprócz tego kolportażu pism brać też aktywny udział w „Mszach za Ojczyznę”. W czytaniach „Módlmy się…” zawsze wspominałem o prześladowanych i uwięzionych działaczach niepodległościowych. Zawsze po skończonej Mszy któryś z nas dwóch, ja lub Leszek Janiszewski (elektronik i kierownik jednego z działów stalowni, a późniejszy wojewoda kielecki i prezydent Ostrowca) prowadziliśmy pogadanki i puszczaliśmy pieśni patriotyczne, takie jak np. „Ojczyzno ma”. Były momenty, że „szły ciarki po plecach”.

-A co na to „esbecja”?

-Właśnie wtedy zaczęły się moje „przygody” ze Służbą Bezpieczeństwa. To były „rozmowy ostrzegawcze” i zarazem próby dopytywania się kto jeszcze jest zaangażowany w organizowanie tych „Mszy za Ojczyznę”. Ja oczywiście „o niczym nie wiedziałem”, a na pytanie skąd czerpię informacje do pogadanek odpowiadałem, że z Radia „Wolna Europa”. Kończyło się to pobytem „na dołku”, czyli tymczasowym aresztem. Później represje były jeszcze ostrzejsze. Otóż w hucie pracowałem w systemie cztero-brygadowym. To znaczy przez cztery dni pracowałem od godziny 6-tej do 14-tej, a czwartego dnia po godzinie 14-tej miałem 48 godzin wolnego do następnej zmiany. No i gdy ja kończyłem ostatnią zmianę, to o 14-tej przed Hutą już czekało na mnie dwóch „esbeków”. Pakowali mnie do milicyjnej „suki” i przez 48 godzin wolny od pracy czas spędzałem na „dołku” w Komendzie Milicji. Ten areszt stał się jakby moim drugim domem. Gdy wychodziłem z aresztu, to szedłem wprost na kolejną zmianę do huty. Po czterech takich 48-godzinnych „ostrzeżeniach” zacząłem znikać po ostatniej zmianie. Jak się pojawiałem w domu po 22-giej, to już mnie nie ruszali. Te ucieczki nie były łatwe, bo legalne wyjścia z terenu huty były strzeżone przez uzbrojonych strażników, teren zakładu był ogrodzony i patrolowany przez strażników na przestrzeni kilkunastu kilometrów. Ale w tym ogrodzeniu były porobione „nielegalne przejścia” zamaskowane w różnoraki sposób, bo żeby jakoś przeżyć, to trzeba było coś z Huty wynieść i sprzedać na czarnym rynku. Czasem też wchodziło się do Huty przez te dziury, gdy na przykład spóźniło się do pracy, albo nie było się dostatecznie trzeźwym. Tak więc, żeby nie spotkać esbeków, to właśnie przez te dziury wykradałem się z terenu Huty. No i robiło się te ucieczki, ale trzeba było do 22-giej być poza domem, bo pod byle pretekstem esbecy nieraz szukali mnie w mieszkaniu.

– Zapewne na waszym wydziale Huty nie byłeś jedynym zatrzymywanym i zamykanym przez „esbecję” na 48 godzin?

-Oczywiście, więcej było takich. Nie wszyscy jednak byli dostatecznie odporni, żeby to wytrzymać. Na przykład był taki Henio Górecki (młodszy ode mnie, ale już niestety nie żyje), z którym się przyjaźniłem i który był niezwykle uczciwym człowiekiem. Otóż tego Henia też esbecy zamknęli na 48 godzin, żeby wydobyć od niego informacje o tym, jakie są nastroje na naszym wydziale w hucie i o czym pracownicy rozmawiają. Gdy wrócił z aresztu – do tej pory nie mogę tego zapomnieć – to spojrzał mi w oczy i rzekł: -Błażej, ja już nie chcę brać w tym udziału, bo mogę nie wytrzymać następnego przesłuchania. Proszę więc, odtąd nic już przy mnie nie mówcie o tych waszych sprawach! Rozumiałem go. Ja natomiast miałem taką luzacką postawę, że „jakoś to będzie”, no i to mi pozwalało w miarę lekko przechodzić te wszystkie zatrzymania i przesłuchania. A było tego naprawdę dużo.    

– Skoro tak często Ciebie zatrzymywano, to musiałeś chyba jakoś „zasłużyć” na to? Czy to chodziło tylko o te Msze za Ojczyznę i pogadanki po nabożeństwach?

 – Owszem, chodziło im o to, ale przede wszystkim mieli wobec mnie jakieś podejrzenia. Być może miało to jakiś związek z moim okresem „hippisowskim”, z moimi wyjazdami w Góry Świętokrzyskie na wiece patriotyczne pamięci powstańców Langiewicza i „Ponurego”, czy też z kursującą o mnie w środowisku opinią „wolnościowca” i przeciwnika opresyjnego państwa. Bo w istocie nie złapali mnie na kolportażu podziemnej prasy, którą zresztą otrzymywałem od solidarnościowego emeryta Leszka Zielińskiego i zostawiałem po kilka egzemplarzy w szatniach wydziałów huty, a czasami większą ilość ulotek rzucało się z góry, spod dachu, na ogromną halę walcowni. Podejrzewali mnie o to. A może i o coś więcej? Tak, czy inaczej, ta moja „zabawa w kotka i myszkę” z esbekami trwała gdzieś do 84-go roku. W końcu dyscyplinarnie zwolniono mnie z huty za „działalność antykomunistyczną i przeciwstawianie się ustrojowi PRL”. Wcale mnie to nie zmartwiło, bo mogłem wreszcie zanurzyć się w to, co dawało mi ogromną radość, czyli w turystykę.

– A jak zarabiałeś na życie?             

– Zarabiałem w różny sposób. Na przykład kupowałem z różnych źródeł płyty i kasety, które wyglądały jak oryginalne „zachodnie”, potem sam je pakowałem, zaklejałem w folię i wstawiałem do komisu. Po tygodniu odbierałem pieniądze i jechałem po następny transport kaset. Można było tak egzystować i wieźć ciekawe życie. Niestety, po pół roku dostawałem nakaz powrotu do etatowej pracy, bo praca była wtedy obowiązkiem i za uchylanie się od tego groziło nawet więzienie.

– W pewnym momencie porzuciłeś rodzinne strony i zakotwiczyłeś się na dobre w Przemyślu.

-Tak, po rozpadzie małżeństwa w Ostrowcu wyjechałem do Katowic, do kopalni, a po roku przeniosłem się do Przemyśla, gdzie w końcu zakotwiczyłem się. Tu założyłem rodzinę i wychowaliśmy dwoje dzieci. Początkowo zatrudniłem się jako elektryk w Rejonie Energetycznym, a od wielu już lat działam prywatnie jako operator kamery.

– Na koniec poprosiłbym Cię o ocenę tej zasadniczo zmienionej rzeczywistości, jaka nastąpiła po upadku komunizmu w Polsce – począwszy od wyborów czerwcowych  w 89 roku.

– No cóż, początkowa Euforia powoli przekształcała się w szarość i codzienność. Plan Balcerowicza, a w konsekwencji niesamowita drożyzna wymusiła na mnie podjęcie działań zapewniających jakiś tam dochód, za który można było w miarę spokojnie żyć i utrzymać rodzinę. Zwiększyła się liczba moich wyjazdów zagranicznych w celach handlowych. W międzyczasie też zostawiłem pracę w Zakładzie Energetycznym, gdyż obowiązki z niej wynikające kolidowały z moimi wyjazdami. Rozpocząłem też działalność gospodarczą w ramach usług filmowania i fotografii. W taki też sposób przeszedłem przez okres Balcerowicza. Z czasem pojawiały się coraz wyraźniejsze skazy i pęknięcia na postrzeganiu otaczającej mnie rzeczywistości polityczno-społecznej. Nie były to czasy Internetu, wobec czego wiedzę czerpaliśmy z telewizji i prasy będącej w przeważającym stopniu zależną od partii rządzących. Pierwszym wydarzeniem, jakie w radykalnym stopniu wpłynęło na moje postrzeganie rzeczywistości, było spotkanie z Robertem Majką oraz Andrzejem Gwiazdą. Pamiętam ciekawe dla mnie rozmowy z Andrzejem, między innymi o tak zwanym układzie z Magdalenki. Wspomnę tu również, że otrzymałem od Roberta film na „CD” o Lechu Wałęsie i jego współpracy z Urzędem Bezpieczeństwa. Wtedy też zacząłem ochoczo uczestniczyć w spotkaniach z Korwinem Mikke, z braćmi Kaczyńskimi, z Romualdem Szeremietiewem oraz innymi działaczami z obszaru polityki lub publicystyki, dziś postrzeganymi jako prawicowcy. Obecnie w wielu kręgach jestem postrzegany jako radykał i skrajny konserwatysta. Natomiast mnie się  wydaje, że mój światopogląd niewiele się zmienił od tego z lat 70-ych, natomiast zmieniła się rzeczywistość oraz idee panujące w niektórych środowiskach jako “jedynie słuszne”. Z wielką nadzieją patrzę na społeczeństwa wielu krajów, które zaczynają się budzić i wyrażać chęć powrotu do normalności. Dlatego też staram się – w miarę swoich możliwości – popierać i wspomagać tę „normalność” pożądaną dzisiaj chyba przez coraz większą część społeczeństwa.

– Dziękuję Ci za rozmowę.

(Rozmawiał i opracował tekst – Jacek Borzęcki)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przejdź do treści