archiv svobody

Zofia Garczyńska

 Wspomnienia sybiraczki – Zofii Garczyńskiej

Wczesnym rankiem, gdzieś o 5-tej godzinie ktoś mocno załomotał do naszych drzwi. Myśmy jeszcze spali, to znaczy ja i mój młodszy brat. Tymczasem wtargnęli do nas enkawudziści w szarych szynelach i w czapach z takim charakterystycznym czubem na środku tej czapy, na czole czerwona gwiazda i oczywiście z bronią w ręku. No i do ojca krzyknęli: Руки вверх! Cдайте оружие! (czyli: ręce do góry, oddaj broń!). Tata odpowiedział, że nie ma żadnej broni. No więc zaczęli wszędzie szukać, wyrzucali wszystko z szafy i z szuflad. Mama zaczęła płakać. Myśmy się pozrywali z łóżek przestraszeni. Brat jakoś wcisnął się na kolana mamy i drżąc z płaczu kurczowo się jej trzymał. Ja też płakałam. Miałam wówczas 14 lat. Gdy enkawudziści zakończyli rewizję i nie znaleźli żadnej broni, to jeden nich popatrzył na zegarek i powiedział: –Через полчаса вы соберетесь здесь, выйдете из дома и отправитесь в Советский Союз (czyli:„za pół godziny macie się tutaj zebrać, opuścić dom i pojedziecie do Związku Radzieckiego). W tym momencie mama zemdlała. Ona chorowała na serce. Tato siedział na krześle, a enkawudzista trzymał mu przy skroniach pistolet i zabronił się ruszać. Ja płakałam, ale jak usłyszałam, że za pół godziny mamy wychodzić z domu, no to weszłam do pokoju i zastanawiałam się co powinnam zabrać. Pomyślałam sobie, że chyba trzeba pościel zabrać i wzięłam tę pościel, potem jakieś ubrania z wieszaka spakowałam i dorzuciłam jeszcze parę innych rzeczy. Jakoś tatę już puścili, więc weszliśmy razem do spiżarni i wzięliśmy coś tam z żywności. A ten enkawudzista wciąż patrzył na zegarek i w pewnym momencie krzyknął: Прошло полчаса. Вперёд! Вон из дома! (czyli: Pół godziny już mija. Zabierajcie się! Wychodźcie z domu!) A zima wtedy była okrutna, mróz sięgał 35 °.

No i załadowali nas na sanie. Jechaliśmy 12 kilometrów do takiego miasteczka, do stacji Narewka w Puszczy Białowieskiej. Tam już było bardzo dużo ludzi, głównie leśników, ale też wiele osób starszych oraz dzieci. Dookoła rozlegał się płacz, lament, coś okropnego. Na torach stały już wagony przygotowane dla nas. No i załadowano nas do tych bydlęcych wagonów. Ciasnota była okropna. W wagonie było nas 50 rodzin. Ale pomimo tej wielkiej ciasnoty atmosfera od razu stała się jakaś taka jakby rodzinna. Osoby starsze zajmowały dolne prycze, a młodsi ładowali się na górne. Czuło się jakąś taką serdeczność jakby wręcz rodzinną. Jeden drugiemu pomagał. Oczywiście płakaliśmy – co tu dużo mówić – wszyscy.

Podróż trwała prawie miesiąc: 10-go lutego nas zabrano, a 6-go marca wyładowano nas na Syberii, na stacji Talmienka. To był ałtajski kraj, talmiński rejon, a województwo barnauskie. W drodze umierało wiele dzieci – z głodu, z zimna. Tak więc nasza droga na Sybir usypana była trupami dzieci, ale także starców i innych. Następnie saniami przez całą noc wieziono nas w głąb tajgi, dziewiczego lasu, gdzie na polanie czekali na nas enkawudziści. Ulokowano nas w prowizorycznych barakach, po 6 rodzin w każdej z izb. Prawie natychmiast zachorowaliśmy – ja i mój tata. Po prostu była wysoka gorączka i niesamowita biegunka, a nie było tam żadnego lekarza. W tych barakach wśród tajgi byliśmy zamknięci od świata i ludzi. Tato mój leżał jakieś 10 dni, ja natomiast byłam nieprzytomna i już w agonii prawie umierałam. Mama w strasznej rozpaczy pobiegła do enkawudzisty i prosiła o jakąś pomoc, o lekarza, o ratowanie umierającej córki. On cynicznie odparł: „No to trudno, niech umiera wasza córka”. Mama przybiegła do baraku zrozpaczona, klęczała przy mojej pryczy, płakała i modliła się bardzo gorąco. No i Matka Boska wysłuchała jej próśb.

W tym łagrze myśmy byli przydzieleni do robót w tajdze, do żywicowania. Pozornie wydawałoby się, że ta robota nie jest taka ciężka. Jednak dla nas to była bardzo ciężka praca. Każda rodzina miała wyznaczony taki obszar lasu sosnowego i musiała wypełnić normę. Ojciec wycinał na pniu sosny tzw. „korytko” i „wąsy”, a potem „naczyńko” u dołu. Natomiast mama i my dzieci musieliśmy wybierać żywicę z tych „naczyniek”. Aby dotrzeć do kolejnych sosen, musieliśmy przedzierać się przez chaszcze i powalone drzewa. W dodatku bardzo dokuczały nam komary Widliszki, które w dodatku roznosiły malarię. Gryzły nas też takie drobne muszki, które wciskały się do oczu i nosa. To było naprawdę coś potwornego. Trudno mi nawet określić, jak bardzo myśmy w tej tajdze cierpieli. A w dodatku nie mieliśmy co jeść, głodowaliśmy strasznie i przez to byliśmy słabi. Pamiętam jak mój brat zauważył, że wysoko na drzewie jastrząb ma gniazdo. Niewiele myśląc zaczął wdrapywać się na to bardzo wysokie drzewo, a myśmy truchleli ze strachu, że on może spaść i się zabić. Był jednak niezwykle sprytny, zdołał wspiąć się na sam wierzchołek drzewa i wybrał z gniazda małe jastrzębie jajeczka. Pomimo tego, że byłam bardzo głodna, to jakoś nie mogłam tego zjeść.

Pierwszą Wigilię w tajdze na Syberii przeżyliśmy w1940 roku. To był normalny dzień jak co dzień, szło się do pracy. Jednak akurat w tym dniu nie poszłam razem z bratem do żadnej pracy, bo był wtedy okropny mróz. Nawet nie wiedziałam, że to jest dzień wigilijny. Gdy rodzice wrócili do baraku, to mama spojrzała na nas i rozpłakała się mówiąc: -Dzieci, dzisiaj jest Wigilia Bożego Narodzenia. Nie wiem nawet skąd wzięła obrusik, położyła go na stole, postawiła obrazek święty i zapaliła świecę. Wyciągnęła skądś kawałki chleba, które dużo wcześniej oddzielała od swoich ust i chowała, żebyśmy nie zjedli i żeby teraz mogła go położyć na stole wigilijnym. Wszyscy odmówiliśmy modlitwę, a modliliśmy się bardzo gorąco, po czym mama wzięła kawałek chleba i zaczęła się z nami dzielić. Życzyliśmy sobie niczego więcej, jak tylko powrotu do Ojczyzny, do Polski. Ja i brat tak bardzo kochaliśmy swoich rodziców, całowaliśmy ich ręce, nie zważając na to, że było nam naprawdę bardzo ciężko. No i jedząc te kawałki chleba, modląc się i śpiewając kolędy odbyliśmy tę pierwszą naszą Wigilię na Sybirze.     

Jak wiadomo, napad hitlerowskich Niemiec na Związek Sowiecki i układ Stalina z polskim rządem na uchodźstwie (Układ Sikorski-Majski z 30 lipca 1941 roku) przyniósł amnestię dla Polaków więzionych w Związku Sowieckim i formowanie polskiej armii pod dowództwem generała Andersa. Jednak nie wszyscy ci zagłodzeni i wycieńczeni Polacy byli w stanie pokonać tysiące kilometrów aby dotrzeć do formującej się armii Andersa. Tak było i z nami. Przynajmniej jednak udało nam się wyrwać z tajgi. Rodzice zaczęli pracować za skromne porcje gliniastego chleba w tartaku, w pobliżu jednego z kołchozów. No i ta właśnie okoliczność oraz życzliwość kołchoźników pozwalała przynajmniej uniknąć głodu, a to głównie dzięki możliwości podkradania kołchozowych ziemniaków czy buraków.  Tam mieszkali tubylcy, zwykli Rosjanie, którzy też biedowali, ale dzielili się z nami tym co mieli. I tutaj muszę bardzo mocno podkreślić, że jeśli chodzi o nas sybiraków, to my naprawdę mamy do zwykłych Rosjan stosunek przyjazny. Nie żywimy do nich jakiejś nienawiści, bo naprawdę serdecznie nam pomagali w różnych sytuacjach. To byli zwykli, prości ludzie. I chociaż nie było tam kościołów i cerkwi, to jednak niektórzy z nich mieli schowane prawosławne ikony i po kryjomu modlili się. I jednak była tam wśród nich wiara w Pana Boga, choć oczywiście nie mogli tego okazywać na zewnątrz. Znaliśmy nawet jedną starszą Rosjankę, która gdzieś tam w piwnicy trzymała swoją ikonę i przed nią modliła się. A ponieważ jej syn był wielkim komsomolcem, więc ta Rosjanka bała się go i musiała kryć się przed nim z tą swoją wiarą. Kiedyś jednak syn zastał matkę modlącą się i natychmiast zameldował władzom o tym, że matka się modli i ma ikonę. No i aresztowali tę Rosjankę i potem nigdy już nie spotkaliśmy jej. Ten zbrodniczy system demoralizował ludzi, zwłaszcza tych młodych. Jeśli mamy pretensje i żal, to oczywiście przede wszystkim do tego systemu totalitarnego, na czele którego był Stalin.

Po roku od zakończenia wojny wyruszyłam z mamą i bratem w tę upragnioną podróż do Polski. Tam miał nas oczekiwać tato, który wcześniej z I Dywizją Kościuszkowską szczęśliwie przeszedł cały szlak bojowy i wrócił do rodzinnego Jarosławia. Gdy nasz pociąg przekroczył linię graniczną i zatrzymał się przed Przemyślem, bo był zamknięty semafor, to wszyscy wyszliśmy z tych wagonów, całowaliśmy polską ziemię i zaśpiewaliśmy „Boże coś Polskę”. Gdy dojechaliśmy do Przemyśla, to nie było nam łatwo rozstawać się z tymi z ludźmi, z którymi przecież dzieliło się los tam na zesłaniu. Płakaliśmy strasznie, no ale musieliśmy przecież dostać się do rodzinnego Jarosławia, żeby spotkać tam naszego tatę. W Jarosławiu wyszliśmy z bratem na dworzec kolejowy i czekaliśmy na pociąg, którym tato miał wracać z wojska. Pociąg wreszcie nadjechał i pasażerowie zaczęli tłumnie wychodzić z wagonów na peron. Zaczęłam nerwowo wypatrywać znajomej postaci naszego taty. Brat nie był pewny, czy w ogóle pozna ojca. W pewnym momencie krzyknęłam do niego: -Popatrz, tam idzie nasz tato! Radość była oczywiście ogromna, nie do opisania. Płakał tato, płakaliśmy my, ale to były łzy szczęścia. Jednak radując się z połączenia naszej rodziny, z ogromnym smutkiem myśleliśmy o tych niezliczonych tysiącach grobów, które pozostały tam. Grobów, których tak naprawdę nie ma, bo w syberyjskiej tajdze ciała zmarłych zesłańców chowane były gdzieś tam pod sosną, pod brzozą. I tak kości Sybiraków są rozsiane na bezkresnych terenach tej „nieludzkiej ziemi”.     

(Wspomnienia Zofii Garczyńskiej, prezeski Zarządu Związku Sybiraków w Jarosławiu nagrał w 2010 roku i opracował – Jacek Borzęcki. Zofia Garczyńska zmarła 20 grudnia 2014 roku w wieku 88 lat.)

Napsat komentář

Vaše e-mailová adresa nebude zveřejněna. Vyžadované informace jsou označeny *

Přejít na obsah