archiv svobody

Teresa Bagińska-Żurawska

Los polskiej rodziny z Ukrainy po rewolucji bolszewickiej 

Rozmowa z Teresą Bagińską-Żurawską, historykiem sztuki, kustoszem  w Muzeum-Zamek w Łańcucie.

-Powiedz Tereso proszę, skąd pochodzisz Ty i Twoi przodkowie?

-Urodziłam się w Związku Sowieckim – miejscowość Połonne w obwodzie chmielnickim  (w tym samym Połonnem, które opisywał Henryk Sienkiewicz w „Ogniem i mieczem”). Moi przodkowie wywodzą się z terenów zaboru rosyjskiego: rodzina mamy pochodzi z okolic Korca i Zwiachla (Nowograd-Wołyńska) leżących po drodze do Żytomierza, a rodzina ojca z położonego bardziej na południe Połonnego. Za caratu w tamtych okolicach mieszkało bardzo wielu Polaków. Byli to drobni właściciele ziemscy (obywatele, potomkowie drobnej szlachty), którzy nie zapomnieli swoich polskich korzeni przez cały okres zaboru rosyjskiego. W czasie rewolucji ludzie ci byli chyba zdezorientowani, tak jak możemy czytać chociażby u Zofii Kossak-Szczuckiej. Bardzo często dzięki swojej silnej wierze (katolickiej), dzięki przywiązaniu do polskich korzeni, do tradycji, umieli przetrwać czasy najtrudniejsze, nawałnice. Właściwie nie bardzo wiedzieli co dalej będzie, jak się „to” przetoczy, czy przyjdą czasy spokoju? Wyobrażam sobie jak właśnie takie chwile przeżywali moi pradziadkowie: Helena i Józef. Pradziadek był powołany do wojska carskiego, przymuszony do służby w czasie I wojny światowej. Moja babcia Mania (Maria) pamięta jako mała dziewczynka powrót swojego taty z wojska. Wydawał się jej obcym człowiekiem, bo przecież przez kilka lat nie było go w domu rodzinnym. Potem jeszcze do 1930 r. pradziadkowie próbowali gospodarzyć na swojej ziemi. Jednak z początkiem tego roku nastąpiły pierwsze masowe aresztowania. Czasami aresztowano do dwudziestu mężczyzn w okolicy, zarówno młodych jak i starszych. Właśnie wtedy aresztowano pradziadka Józefa (o świcie, w święto Matki Bożej Gromnicznej). Bardzo wielu nie przeżyło więzienia. Pradziadek jakimś sposobem dał znać swojej żonie, prababci Helenie, żeby brat służącej (który znał się z naczelnikiem GPU w Zwiahlu) wstawił się za nim. Głównym zarzutem, jaki mu wtedy postawiono, była współpraca i pomoc Polakom w wojnie polsko-bolszewickiej 1920 r. To zresztą była prawda. Jednak brat służącej, Ukrainki z pochodzenia, udał się do władz GPU i nie mówiąc prawdy zeznał, że Boczkowski – bo tak się nazywał mój pradziadek – pomógł bolszewikom dając im chleb, wozy i zaopatrzenie. To z pewnością uratowało pradziadka przed śmiercią, ale nie uchroniło przed zsyłką na Sybir. Dwa miesiące później aresztowano pełnoletniego syna pradziadka, Romka, który też został zesłany na Syberię. A kilka miesięcy później, w listopadzie, wywieziono na Syberię prababcię Helenę z córką Manią, moją babcią. Te trzy zesłania skierowano do różnych miejsc na Syberii, oddalonych od siebie od kilkuset do ponad półtora tysiąca kilometrów, poczynając od Tomska, przez Krasnojarsk, aż po Irkuck. Tam na miejscu w pierwszych latach dołożyli  wiele starań aby się połączyć, z czym musieli być bardzo ostrożni. Razem z moimi krewnymi wywożono w wagonach bydlęcych tysiące innych zesłańców, w tym bardzo wielu Polaków. Najpierw mężczyźni, potem młodzież, a na końcu kobiety z dziećmi. Niewiele mieli czasu na spakowanie swoich rzeczy i niewiele im pozwolono wziąć ze sobą. Musieli zostawić cały swój dobytek. Wiem z opowiadań mojej mamy, że prababcia pod progiem swojego domu zakopała papiery rodowe. To miejsce wydawało się jej najpewniejszym. Po wielu latach, gdy moja mama pojechała odwiedzić dom pradziadków, to okazało się, że na miejscu domu znajdowało się zaorane pole kołchozowe. Drewniany dworek – jak się dowiedziała – został przeniesiony bliżej wsi przez pewnego chciwego komunistę, zresztą Polaka z pochodzenia. Po papierach rodowych pradziadków nie było oczywiście śladu.

-Wprawdzie to nie było karne zesłanie do łagrów, ale jednak przesiedlenie z żyznych ziem południowego Wołynia na syberyjskie odludzia musiało być dla Twoich przodków koszmarem?

-Tak, zwłaszcza pierwsze lata pobytu na Syberii były niezwykle trudne. Nieraz w dzieciństwie prosiłam moją babcię Manię o opowieści syberyjskie. Babcia wspaniale opowiadała i była człowiekiem wielkiego serca. Opowiadając nawet o najtrudniejszych sytuacjach umiała dostrzec momenty pozytywne, takie jak na przykład piękno syberyjskiej przyrody, czy też dobroć tamtejszych miejscowych zwykłych ludzi. Nigdy się na nich nie zawiodła. W pierwszych latach zesłańcy, tzw. „spiecpieriesielency”, choć nie trafiali do „łagrów” w ścisłym tego słowa znaczeniu, to jednak znajdowali się pod ciągłym nadzorem komendantury. W szczególności nie wolno im było samodzielnie poruszać się po terenie (w rzeczywistości przesiedleńcy podlegali ścisłej kontroli komendantury syberyjskich łagrów, tak zwanych „sibułonów”). Czasami w ciągu jednego roku przenoszono ich kilkanaście razy z jednej miejscowości do innej.   

-A czy babcia może opowiadała o tym jak na Syberii jej rodzina obchodziła katolickie święta? 

-Święta i modlitwa były dla nich niezwykle ważne. To była Wielkanoc jednego z wczesnych lat trzydziestych, nie pamiętam już w którym dokładnie roku. Oczywiście, jak zwykle nie było co jeść. Prababcia, pakując się w pośpiechu na zesłanie, zabrała ze sobą na Syberię modlitewnik i biały obrus. No i ten obrus zawsze  w Wigilię Bożego Narodzenia i na Wielkanoc był kładziony (uprany, czyściusieńki) na stole, na którym zwykle nie było co postawić do jedzenia. Jednak ta jedna Wielkanoc była wyjątkowa. Prababcia Helena podzieliła między męża i dwójkę dzieci swoją ostatnią porcję chleba, nie zjedzoną przez siebie, celowo przechowaną. To było śniadanie wielkanocne. Ale w tym samym czasie szczęśliwie dowiedzieli się, że w sąsiednim kołchozie jesienią nie zebrano z pola wszystkich ziemniaków, bo wcześnie przyszły mrozy. Przed Wielkanocą śnieg się stopił, ziemia odtajała i na wpół zgniłe ziemniaki leżały w ziemi kołchozowej. Moja babcia z bratem po kryjomu, żeby komendantura o tym nie wiedziała, wybrali się tam o świcie i nazbierali pół-zgniłych ziemniaków, tak aby na wielkanocnym stole nie

było pusto, aby znalazł się na nim niesamowity przysmak – trochę gotowanych ziemniaków.

-A jak wyglądały święta przed wywózką na Sybir? Czy różniły się od tych obchodzonych w Galicji?                                                            

-Pod zaborem rosyjskim świąteczne tradycje były również bardzo ważne dla polskich rodzin. Myślę, że to były tradycje jeszcze z dziewiętnastego wieku, bo pamiętam dziewiętnastowieczną książkę kucharską mojej prababci Heleny, którą zresztą mam do dzisiaj. Nawet po skończeniu okresu zesłania syberyjskiego i także po drugiej wojnie światowej, kiedy warunki życia były wciąż bardzo skromne, jednak święta u nas na Kresach zawsze były obchodzone bardzo uroczyście. Pomimo tego, że przecież z okazji świąt nie było wolnego czasu od pracy i od szkoły. Pamiętam z własnego doświadczenia, że przygotowania świąteczne trzeba było robić po nocach. No i zawsze, może głównie ze względu na nas, na dzieci, było to wielkie wydarzenie. Pamiętam zwłaszcza pieczenie ciast – przede wszystkim drożdżowych: bułeczki, strucle, które piekła moja babcia i których wyjątkowy smak pamiętam do dzisiejszego dnia. Pamiętam jajka malowane w łupinach z cebuli. Pamiętam szynkę pieczoną w cieście. Przez cały rok trzeba było czekać na to, żeby ta szynka pojawiła się na świątecznym stole. To był już oczywiście wielki luksus w porównaniu ze świętami na Syberii.

-Może jeszcze parę wspomnień o losach Twojej babci?

-Tam na Syberii babcia Mania poznała zesłańca Lonka (Leonarda) pochodzącego spod Berdyczowa, który później został jej mężem. Ojciec Mani chciał odwieść ją od zamiaru małżeństwa. Mówił, że panujące niespokojne czasy nie sprzyjają zawieraniu małżeństwa. Jednak Mania, bardzo rozsądna młoda dziewczyna, odpowiedziała ojcu, że przecież „nie wiadomo jak długo będziemy tu na Syberii”. No i zdecydowała o poślubieniu Lonka. Młodzi nie mogli jednak wówczas wziąć normalnego ślubu kościelnego, bo nie było ani kościoła, ani księdza. Pierwsze zaślubiny odbyły się więc w gronie rodziny. Składali sobie przysięgę małżeńską w obecności rodziców i świadków przed świętym obrazkiem trzymanym przez moją prababcię Helenę, której udało się wywieźć ten obrazek na Syberię (cudowny wizerunek Matki Bożej z sanktuarium w Kazimierce). Dopiero kilka lat później udało się młodym małżonkom dopełnić ślubowania w kościele. Otóż, Mania z Lonkiem i synami przekradli się do Irkucka, gdzie był ksiądz katolicki i po kryjomu udzielał sakramentów świętych w pięknym neogotyckim kościele zbudowanym przez polskich zesłańców jeszcze za caratu. Wzięli więc ślub w tym kościele i tam też ochrzcili swoich dwóch starszych synów (w rzeczywistości, po złożeniu przysięgi małżeńskiej w obecności świadków 10 marca 1934 roku, Mania I Lonek wrócili do Irkucka na pewien czas i dowiedziawszy się, że w kościele jest duchowny katolicki, odszukali go i 24 maja po kryjomu dopełnili sakramentu małżeństwa, które pobłogosławił ksiądz Antoni Żukowski, dziekan irkucki. Po raz drugi do spowiedzi i chrztu synów wybrali się do Irkucka w 1937 r. Dowiedzieli się, że ksiądz Żukowski pojechał do Tomska i tam został aresztowany, a w kościele był inny kapłan pochodzący z Kijowa, zwolniony po 10 latach z więzienia). Moja mama już nie była ochrzczona w irkuckim kościele, bo niedługo potem funkcjonariusze NKWD aresztowali księdza i słuch po nim zaginął. To był okres „Wielkiego Terroru” (lata 1937-1938), czasy straszne dla zwykłych ludzi. Sowiecka „bezpieka” pod byle pretekstem aresztowała i rozstrzelała setki tysięcy mieszkańców Związku Sowieckiego, w tym ponad sto tysięcy Polaków. Wtedy też mój dziadek Lonek nieostrożnie opowiedział kolegom w pracy dwa dowcipy o Stalinie. Dziadek wrócił po pracy do domu i powiedział żonie: -Maniu, tam był jeden dziwny, podejrzany człowiek. Nie wiem co będzie dalej ze mną”. No i rzeczywiście przyszli po niego jeszcze tej nocy (11 marca 1938 r.). Uwięzili dziadka przed narodzeniem się córki, czyli mojej mamy. Zasądzili go na dziesięć lat łagrów bez prawa do  korespondencji. Gdy upłynęło dziesięć lat i dziadek Lonek nie powrócił, babcia zaczęła podejrzewać, że mógł w łagrze nie przeżyć. Nie miała jednak pewności, bo nikt jej nie zawiadomił o jego ewentualnej śmierci. Babcia została z trójką małych dzieci (moja mama, jako trzecie dziecko urodziła się  30 sierpnia 1938 r.) i przez całą wojnę czekała na męża. Nawet nie myślała o ewakuowaniu się z Syberii w sytuacji, gdy tak wielu Polaków starało się z tej „nieludzkiej ziemi” wydostać – chociażby z formowaną tam Armią Andersa, lub przynajmniej z Armią Polską Berlinga (jak to zrobił kuzyn babci i zginął pod Berlinem). Niewykluczone, że w tym czasie dziadek Lonek umierał w łagrze, o czym babcia dowiedziała się kilkanaście lat później. Dopiero w 1959 r. otrzymała oficjalne zawiadomienie o śmierci męża w łagrze w 1942 r. i o pośmiertnym jego zrehabilitowaniu (choć dziś wiemy, że z bardzo dużym prawdopodobieństwem został rozstrzelany niedługo po aresztowaniu w ramach tak zwanej „operacji polskiej NKWD” przeprowadzonej w latach 1937-1938). 

-Może cofnijmy się teraz do czasu po rewolucji bolszewickiej. Polscy magnaci i inni zamożni Polacy mieli środki i kontakty pozwalające im na ucieczkę z terenów zajętych przez bolszewików. Natomiast szlachta zagrodowa chyba nie miała takich możliwości i pozostawała jej tylko nadzieja, że ta komunistyczna zawierucha przeminie?

-Myślę, że po 1917 r. moi przodkowie mieli taką nadzieję przez następnych parę lat, kiedy to sytuacja na froncie zmieniała się z dnia na dzień do tego stopnia, że często nad ranem mieszkańcy nie wiedzieli jakie wojsko wkroczy tym razem do wioski. Całkiem niedawno dowiedziałam się, że w tamtym czasie, gdy jeszcze mój pradziadek był na wojnie, bolszewicy wtargnęli do domu i moją prababcię Helenę – wówczas młodą mężatkę – zawlekli pod bagnetami do sadu, znęcając się nad nią, grożąc śmiercią tylko dlatego, że jej szwagier był oficerem carskiej armii. Żądali wydania Boczkowskiego, a prababcia nie miała nawet pojęcia gdzie on jest i co się z nim dzieje. W tej sytuacji służąca w domu pradziadków, bardzo dobra Ukrainka, wzięła za rączkę moją babcię Manię, wówczas 5-letnią dziewczynkę i powiedziała: -Maniu, ty czasem nie powiedz im, że to jest twoja mama, bo oni i ciebie zabiją. Zabrała dziecko do swojej chaty, gdzie Mania przesiedziała na piecu całą noc płacząc. Na szczęście ludzie we wsi, gdy tylko dowiedzieli się o sytuacji mojej prababci, tak jak stali zbiegli się od prac polowych do sadu i zaczęli błagać bolszewików o darowanie jej życia: -Мy дуже просимо вас не вбивати пані Гелену, бо вона дуже добра жінка. No i ci prości ludzie uratowali życie mojej prababci, która rzeczywiście zawsze dbała o mieszkańców wioski i nikomu nie odmawiała pomocy.

-Na początku lat dwudziestych terror bolszewicki wobec ludności polskiej zmniejszył się, bo władze komunistyczne miały nadzieję na skomunizowanie mniejszości narodowych. I to zapewne dało tamtejszym Polakom nadzieję.

-Rzeczywiście, musieli mieć wówczas jakąś nadzieję, że ten koszmar się skończy i czasy będą choć trochę lepsze. Wtedy zakładano kołchozy – babcia mówiła o „wołyniankach”, a chodziło o tzw. „Marchlewszczyznę”, kiedy to całe polskie wsie zachęcano do wstąpienia do kołchozów i otwierano nawet polskie szkoły na tamtych terenach. Oczywiście, Polacy szybko zorientowali się o co chodzi i uciekali czym prędzej z tych kołchozów zabierając swój dobytek. A co do szkół, to moja babcia bardzo chętnie chodziła do polskiej szkoły. Pewnego razu wychowawca kazał dzieciom zrobić jakiś rysunek, babcia narysowała akurat sylwetkę kościoła. Pan powiedział, że rysunek wprawdzie bardzo piękny, ale piątki w dzienniku nie może postawić, bo jest to kościół. I zaczął opowiadać o rewolucji komunistycznej. Mania niewiele z tego rozumiała, ale gdy w domu opowiedziała o tym swojej mamie, to prababcia Helena następnego dnia wypisała ją ze szkoły. Nie życzyła sobie, żeby dziecko chodziło do takiej szkoły, w której nauczyciel mówi coś przeciwko Kościołowi. No więc ludzie początkowo tracili orientację, ale bardzo szybko zrozumieli, że władzom chodzi o „polskość”  komunistyczną bez Boga. I odmówili swojej zgody na to.

-A czy babcia opowiadała o czasach „Wielkiego Głodu”? Na Ukrainie traktuje się lata 1932-33 jako ludobójstwo na narodzie ukraińskim, ale ludność polska też ginęła wówczas z głodu.

-Właściwie, to od kiedy prababcię i babcię wywieziono na Syberię w 1930 r., to osobiście „Wielkiego Głodu” nie doświadczyły i nawet nie mogły wówczas o nim wiedzieć (doświadczając głód na Syberii, ale nie tak programowo prowadzony jak w europejskiej części ZSRS). Jednak w naszej rodzinie do tej pory wspomina się jedną z sióstr pradziadka, Celestynę Boczkowską. Ona była niezwykle odważną kobietą. Udało jej się z dwiema córeczkami uciec z Syberii. Dotarły w jakiś sposób na Ukrainę właśnie w 32 lub 33 r., ale były tak wygłodzone, że zmarły na progu swego rodzinnego domu. Więcej o głodzie z tych lat słyszałam od mojego ojca. Jakimś cudem rodzinę ojca nie wywieziono na Syberię bo mój dziadek Marcin, zorientowawszy się co może im grozić, bardzo szybko zatrudnił się ze starszymi synami w fabryce papieru. Do kołchozu nie  chciał iść, bo był zbyt dumny (jak większość Polaków). A ponieważ był zapisany jako robotnik, to uniknął wywózki na Sybir. Jednak z ich folwarku zrabowano im wszystko, cały gospodarczy dobytek, więc cierpieli głód. Mój tata, jako pięcioletni wówczas chłopiec, zapamiętał ten głód. Opowiadał, że jego rodzice z głodu zachorowali. Potem jednak tata wstał z łóżka, a mama już nie wstała – zmarła. Z dzieciństwa zapamiętał ludzi spuchniętych z głodu. Może dlatego nie potrafił nigdy wyrzucić suchej kromki chleba, ani obierków z jabłka (mój ojciec pamiętał też zupę z lebiody, po której dostawał biegunki, zupę z pokrzyw, która była najsmaczniejsza, młodą lipę, na którą z bratem się wspiął wiosną by zjeść wszystkie młode liście, zresztą podobno bardzo smaczne).   

-Bardzo dziękuję Ci za te wspomnienia.

Rozmawiał i opracował – Jacek Borzęcki  

(W nawiasach znajdują się komentarze uzupełnione przez autorkę wypowiedzi w trakcie autoryzacji tekstu, dla lepszego naświetlenia opisywanych zdarzeń i sytuacji) 

     

Napsat komentář

Vaše e-mailová adresa nebude zveřejněna. Vyžadované informace jsou označeny *

Přejít na obsah