archiv svobody

Emilia i Czesław Poźniak

 Losy polskiej rodziny w czasie II Wojny Światowej w Ponikowicy koło Brodów, na terenach pomiędzy Galicją i Wołyniem.

-Do domu ponad 90-letniej Pani Emilii Prochownik w Ponikowicy (z domu Poźniak) trafiłem dzięki siostrom sercankom z rzymsko-katolickiej parafii w Brodach. Poprosiłem ją o wspomnienie rodzinnych losów z okresu II Wojny Światowej.

-Rozpocznę od mego panieństwa. Jako Emilia Poźniak byłam córką Jana Poźniaka, Polaka zatrudnionego na kolei. Z domu rodzinnego to chodziłam do kościoła rzymskokatolickiego, bo u nas w Ponikowicy była kaplica, przyjeżdżał z Brodów ksiądz i odprawiał msze święte. Wyszłam za mąż w trzydziestym ósmym roku i pracowałam na gospodarstwie u męża.

-Wyszła Pani za Polaka czy za Ukraińca?

-Wyszłam za Ukraińca i przyjęłam jego nazwisko Prochownik. Jak pojechałam z tatą do Wysocka, żeby dać na zapowiedzi, bo tam utworzyła się nasza parafia, to tamtejszy proboszcz ksiądz Duszenko tak mi powiedział: –Dziecko źle postępujesz, że wychodzisz za mąż za Ukraińca. A tatuś na to: –Proszę księdza, to spokojny chłopak i my go dobrze znamy. No cóż, liczyło się głównie to, że posagu ode mnie nie żądano. Gdyby żyła moja rodzona mama, to by to inaczej było. A ta druga mama to już nie darzyła mnie takim uczuciem. Tak więc pracowałam w gospodarstwie u męża. No i wybuchła wojna w 39-tym roku. Tutaj momentalnie Polska przepadła. Wkroczyli Rosjanie i odebrali Polsce te ziemie, prawie tak jak dziś jest granica.

-Pamięta Pani, jak zachowywali się Sowieci?

-To strasznie było. Wszystko trzeba było im zdawać: mięso zdawaj, chleb zdawaj, mleko zdawaj, nawet i z ogrodu wszystkie owoce zdawaj. To była niby taka pożyczka dla rządu. Nie można było wytrzymać. Było tak, że my ziarno zakopali w ziemię, no to oni mieli takie grube druty i wszędzie kłuli, wszędzie szukali. W komórce do wszystkich kufrów zaglądali, że to niby bandytów szukają. No to powiedziałam im, że przecież bandyta w kufrze nie siedzi. Tam przy drodze, jak do Brodów się jedzie, Rosjanie szybko zaczęli na polu robić lotnisko. No i wszystkich mieszkańców wyganiali z domów, żeby czyścili i równali to pole. Ja też musiałam równać tę ziemię. Potem na to wyrównane pole nakładali takie grube blachy i tam lotnisko zrobili. W 41-m roku uderzyli Niemcy i oni też skubali naszą wioskę, też żądali od nas wszystkiego.

-A co działo się w Ponikowicy w latach działalności banderowców?

-Banderowcy to mi ojca zamordowali w 44-tym roku. Napadli na dom rodzinny w nocy z 9-go na 10-go marca. Oprócz ojca zamordowali też dziadka, babcię oraz rodzoną siostrę księdza Duszenki. Na szczęście reszta rodziny nie spała w domu. Mój rodzony brat Józef jak zwykle wziął razem z naszą drugą mamą pierzyny, poduszki i nasze przyrodnie rodzeństwo, czyli 13-letniego brata i 4-letnią siostrę, no i poszli spać u kuma Ukraińca.

-A skąd w domu u Pani ojca wzięła się siostra księdza?

-Siostra księdza Duszenki schroniła się u ojca po tym, jak banderowcy napadli na plebanię w Wysocku i zamordowali jej brata, tamtejszego proboszcza. Księża z Brodów zabrali ciało ks. Duszenki i pochowali na cmentarzu w Brodach. Teraz szuka się tego grobu, ale nie można go odnaleźć. Jej wtedy cudem udało się ujść z życiem, jednak banderowcy widać szukali jej. Gdy dowiedzieli się, gdzie przebywa, to napadli. Ja mieszkałam u męża, ponad kilometr od domu rodzinnego. Myśmy nie spali tej nocy, bo słyszeliśmy strzały i widać było łunę ognia. Tatuś jak zwykle spał nie w mieszkaniu, tylko na strychu. On tak spokojnie położył się spać, bo zawsze miał nadzieję, że jak banderowcy by napadli, to nie znaleźliby go. Strych był oddzielony od mieszkania i wejść tam można było tylko od zewnątrz. Tymczasem schować mu się nie udało. Banderowcy jakoś się dowiedzieli, że on tam jest. Przystawili drabinę do strychu i najprzód dwa razy rzucali ogień przez okienko, ale tatuś gasił. Trzeci raz rzucili granat no i wypłoszyli ojca. Udało mu się wydostać przez okno z drugiej strony strychu. Opuścił się po łańcuchu na ziemię i uciekał w stronę torów kolejowych, ale za torami też oni byli i zastrzelili ojca. Kula trafiła w głowę wyrywając mu policzek. A w mieszkaniu zamordowali siostrę księdza Duszenki, no i rodziców mojej drugiej mamy, czyli dla mnie dziadków. Dziadzio miał chyba 71 lat, a babcia 70. Oni nie za długo mogliby umrzeć własną śmiercią. Po co było ich zabijać tylko dlatego, że byli Polakami? Takie rzeczy się działy.

-Jako Polka, pani też musiała chyba bać się o swoje życie?

-Ja tak liczyłam na to, że skoro wyszłam za Ukraińca, to może mnie nie ruszą. Ale oczywiście to był strach. Był marzec, a ci banderowcy rządzili jeszcze długo. Trzeba było nic nie widzieć, nic nie mówić i nic nie słyszeć. Trzeba było tak żyć. To było strasznie. My z rodzonym bratem Józefem co wieczór braliśmy snopek słomy, kołdry, poduszki i szliśmy spać w krzaki. Baliśmy się spać w domu. Pamiętam, godzina jedenasta wieczorem. W piecu jeszcze chleb się dopieka. Ja już odziana, obuta, nasłuchuję i mówię do teścia: -Za pół godziny żebyście chleb z pieca wybrali, bo ja już nie mogę dłużej być w mieszkaniu. W naszym przysiółku było tylko pięć gospodarstw i zaraz przez tory była rampa. No i słyszę, że już jadą. No, gospodarz w taką porę nie jedzie. To jedzie banda. No i trzeba było już szybko z podwórka uciekać. Naprawdę, to strasznie było. Nieraz tak sobie myślę: -Mój Boże, jak ja to wszystko przebyłam i przeżyłam?

-Nigdy banderowcy nie zastali Pani w domu?

-Owszem, znaleźli mnie. To było już za Ruskich. Pamiętam, że przyszli pod dom, zapukali do drzwi i mówią: -Wyjdź gospodyni! Co było robić? Wychodzę, nie ma rady. A oni powiadają: -Słyszeliśmy, że ty za Polską ciągniesz. Struchlałam, ale szybko przyszła mi taka myśl i odparłam: -Jak ja bym była taką polską patriotką, to bym nie wyszła za mąż za Ukraińca. Co chcecie ode mnie? A oni: -Pewnie cieszysz się, że Ruscy przyszli? A ja na to: -A czy ja tu przyprowadziłam Ruskich? Oni sami przyszli. Uspokoili się i mówią: -No dobrze, możesz iść do mieszkania, ale daj pieniędzy! Ja mówię: -Ale ja nie mam pieniędzy. Ruskie mi wszystko zabierają. Muszę dać na podatek i jeszcze na pożyczkę dla ich wojska. No i pokazuję mu, że mam dziurawe buty, bo nie mam pieniędzy, żeby nowe kupić. Oczywiście, trzeba było dać im chleba, owoców z ogrodu. W tym czasie oni w kryjówkach w lesie siedzieli, jeść chcieli, no i zabierali co było do zjedzenia. Tak było, dopóki Związek Radziecki nie zaczął tu rządzić. Wtedy Ruskie ich tu wypłoszyli, ścigali, pozabijali, a niektórych wywieźli na Syberię. I się uspokoiło.

-A jak Pani przyjmuję fakt, że ten nacjonalizm zaczyna się teraz na Ukrainie Zachodniej odradzać?

-Tak, w Brodach, we Lwowie, oni mają decydujące słowo. Wszystko jest pod ich rozporządzeniem. Cieszą się tym, a co robili – tego nie pamiętają. Tak jakby zmarło to wszystko, jakby nie było. Ale świadkowie jeszcze są. Ta po co mi daleko szukać. Ta przecież tu na wsi to ja wiem, kto był banderowcem.

Razem z Sowietami przyszła kolektywizacja. Jak to się działo w Ponikowicy?

-Stodołę zabrali, cały dobytek z gospodarstwa zabrali, pole zabrali i miedze zaorali. Powiedziałam do swego męża: – No i gdzie będziesz gospodarzył? Jak nie wejdziemy do spółdzielni, to zginiemy z głodu. A on mi odpowiada: -Żebym miał zginąć pod płotem, to ja do kołchozu nie pójdę. A ja mu tak powiedziałam: -Ty nie pójdziesz, ale ja pójdę. No i włożyłam na furę wszystko, czego jeszcze z gospodarstwa nie zabrali, pług, brony, i razem z kobyłą i łoszakiem odwiozłam im do kołchozu. Mąż był uparty. Nie przyłączył się, tylko poszedł na kolei pracować. Ale kto był chytry, to się tam zarejestrował jako sowiecki pracownik na etacie, a on chciał być swobodny. Został więc z niczym. Niedługo Ruskie zabrali jego i takich jak on do przymusowej pracy przy odbudowie mostów. Wzięli go w “roboczy batalion”.

-Jak pracowało się w kołchozie i jak płacili?

-Już na drugi dzień po zapisaniu się do kołchozu poszłam razem z innymi kobietami plewić pszenicę. I tak już codziennie trzeba było pracować. Różne były roboty w tej spółdzielni. A za “trudodzień”, czyli za dniówkę, dawali nam po 200 gramów ziarna, czyli prawie nic. Aby jakoś przeżyć – trzeba było trochę dobrać “na lewo”. Na szczęście brygadzista był dobrym człowiekiem. On widział, że ludzie biorą tego ziarna trochę więcej, ale nic nie mówił. Udawał, że tego nie widzi. Po prostu rozumiał, że ludzie są głodni i chcą jeść. Moja pierwsza miesięczna pensja wyniosła 29 rubli. No i u nas był taki zwyczaj, że pierwszą pensję trzeba było rozpić. Poszłam więc do sklepu, kupiłam wódkę, kiełbasę, chleba, zaprosiłam kobiety i poszłyśmy na pole. Babki zasiadły do poczęstunku, wypiły, zaśpiewały, no i było wesoło. Z pensji już nic nie zostało, ale to były moje młode lata. człowiek był zdrowy i tej biedy się nie odczuwało. Z kolejnymi latami trochę się poprawiło. Wielu kierowników przewinęło się przez tę spółdzielnię. Na koniec Ruskie przysłali na kierownika kołchozu w Ponikowicy swojego pułkownika. Okazało się, że to był porządny człowiek. On naprawdę bardzo rozwinął spółdzielnię. Nabudował tu wiele budynków gospodarczych, zbudował szkołę, łaźnię, a nawet taki fajny klub kultury. Można powiedzieć, że ten kołchoz stał się milionerem. Ten ruski kierownik już nie żyje. Powiedziałam ludziom, że powinniśmy się złożyć i zbudować mu pomnik. To nic, że on był Ruski, ale był bardzo dobry gospodarz i dobry człowiek. I ludziom wtedy dobrze się tu żyło.

-A jak teraz żyje się w Ponikowicy? Jest lepiej niż dawniej?

Jest lepiej, bo kiedyś ludzie nie mogli sobie kupić w sklepie tego, co się chce. Nie było w ogóle towarów. Nasi spekulanci jeździli aż do Rygi, żeby koszulki kupić. Teraz mam osiemset hrywien emerytury.

-Da się z tego wyżyć?

-Nie tylko z tego żyję. Uprawiam jeszcze ogród, sadzę ziemniaki, mam własne warzywa i owoce. Trzeba pracować, żeby utrzymać siebie i ten dom. Bez pracy nie ma kołaczy. Jak ja pracuję, to czuję się zdrowsza.

-No i świetnie się Pani trzyma. Trudno uwierzyć, że “stuknęło” Pani już 90 lat.

-Nikt nie wierzy, że mam te lata. Ksiądz Anatol powiedział mi: -Pani Emilia to chyba musiała sobie przypisać więcej lat, niż ma.  

-W tym roku Parafia Rzymsko-katolicka w Brodach zakończyła budowę nowego kościoła. A jak do tego doszło, że nie udało się odzyskać zabytkowego polskiego kościoła parafialnego stojącego w centrum miasta?

-Po wojnie miejscowe władze urządziły w kościele salę sportową. Pod koniec lat 80-tych zaczęli przyjeżdżać polscy księża ze Lwowa i odprawiać msze w tym kościele. Jak Krawczuk został prezydentem Ukrainy, to kazał oddać wszystkie świątynie prawowitym właścicielom. Gdy to ogłosili, to my Polacy przejęliśmy ten dawny rzymsko-katolicki kościół. Przyjeżdżaliśmy co niedzielę, ale wchodziliśmy nie od frontu, tylko z tyłu.  Z wielu wiosek zjeżdżały się Polki, które były zamężne za Ukraińcami. W kościele były przeważnie kobiety, bo mężczyźni pouciekali, a chociażby i zostali niektórzy, to stali się Ukraińcami. My chodzili do kościoła, chodzili i chodzili przez ponad 3 lata. Ja byłam jeszcze młoda, to często tam jeździłam. Aż kiedyś przed Wielkanocą grekokatolicki ksiądz Czarek powiedział nam tak: -Jak chcecie się tu modlić, to będzie to w kolejce: my raz i wy raz, my w jedną niedzielę, a wy w drugą. Ksiądz Juliusz Musiał nie chciał się na to zgodzić. No i wkrótce całkowicie odebrano nam ten kościół.

-Kiedy i jak do tego doszło?

-To było tak: gdy w 1993 roku przyjechaliśmy świętować Wielkanoc, to ksiądz grekokatolicki już nas do kościoła nie wpuścił. Przed kościołem, przy ulicy stał stół i musieliśmy się na stojąco modlić, spowiadać i otrzymywać komunię. Nic nie można było ani wyprosić, ani wypłakać. Nic nie można było zrobić, bo miejscowe władze przekazały kościół grekokatolikom na własność. I tak już zostało. A nam powiedzieli, że dostaniemy działkę na obrzeżach miasta i możemy sobie tam kościół budować. Wszyscyśmy się popłakali. I powiedzieli nam jeszcze: -Ten krzyż drewniany stojący przed kościołem sobie zabierzcie! A Polacy odpowiedzieli: -Nie. Jak zabraliście kościół, to zabierzcie i ten krzyż, a my sobie nowy drewniany postawimy.       

-Jak wówczas wyglądała ta działka na obrzeżach miasta?

-To było już za miastem, blisko torów kolejowych. Ja pamiętam jeszcze z czasów szkolnych, że tam było bagno, teren podmokły nie nadający się pod budowę. No, ale co było robić? Poszliśmy na to bagno i tu przez długie lata, najpierw pod gołym niebem, potem w małej kapliczce, księża odprawiali Mszę świętą. Bywało tak, że padał deszcz i trzeba było nad księdzem parasol trzymać. Gdy wiało, to trzeba było trzymać księdzu Ewangelię, bo wiatr przewracał kartki. Podczas Mszy tam obok w kioskach głośno muzyka grała, a jak przejeżdżał pociąg to strasznie gwizdał. No i tak nam zagłuszali Mszę świętą. W końcu parafianie zaczęli filmować nabożeństwa pod gołym niebem i pokazywać w Polsce i na świecie jak my tu się męczymy. Władzom już było wstyd i dali nam pozwolenie na budowę kościoła. .

-Jak świadczą dokumenty, w 1999 roku arcybiskup Marian Jaworski poświęcił działkę i rozpoczęła się budowa. No a w obecnym 2010 roku nowy kościół w Brodach został poświęcony przez arcybiskupa lwowskiego Mieczysława Mokrzyckiego. Kościół piękny na zewnątrz, a jeszcze bardziej wewnątrz.

-Tak, kościół jest piękny. Tak Bóg dał.

-Z całej tej historii wynika, że te relacje pomiędzy greko-katolikami i rzymsko-katolikami w Brodach nie są najlepsze, chociaż w okresie międzywojennym podobno były bardzo dobre. Czy tak?

-To prawda, było jakoś dobrze. Ukraińcy chodzili do cerkwi, Polacy do kościoła i było cicho. Nie było żadnych konfliktów. Ludzie żyli w zgodzie.

-A czy pamięta Pani dobrych ludzi wśród Ukraińców? Tych, którzy Polaków ratowali, lub przynajmniej ostrzegali przed atakiem banderowców?

-Owszem, byli tacy. Niektórzy Ukraińcy byli kumami Polaków. Właśnie po tym nocnym napadzie, jak banderowcy zamordowali mojego tatę, dziadków i siostrę księdza Duszenki, to raniutko moja druga mama zabrała dzieci od sąsiada w Ponikowicy, gdzie wszyscy razem spali i poszła z nimi do kuma. Tam u niego przenocowali i on drugiego dnia nad ranem zawiózł ich furmanką do polskich księży w Brodach. Na pewno uratował im życie. No i ten gospodarz był właśnie Ukraińcem.

-Jakie były dalsze losy Pani macochy, czyli “drugiej mamy” i rodzeństwa?

-U księdza na plebanii w Brodach mieszkali parę tygodni. Zebrało się tam więcej Polaków uciekających przed bandami. A już jakieś dwa tygodnie po tym napadzie zjawiła się w okolicy partyzantka sowiecka. Po strzelaninie w pobliskim Wysocku partyzanci przechodzili przez nasz przysiółek. Nocowali w każdym gospodarstwie. U mnie w domu nocowało czterech partyzantów. Mówili, że idą z dwóch stron, tak żeby otoczyć Niemców w Brodach i zlikwidować ich posterunek. To im się nie udało, bo chytrzy Niemcy przewidzieli te plany i zarządzili ewakuację z Brodów do Buska, gdzie była większa niemiecka komenda. Niemieccy żołnierze jechali w dwóch samochodach, a do trzeciej ciężarówki zabrali tych Polaków, co uciekli z wiosek i schronili się na plebanii w Brodach. Z nimi była też moja druga mama z dziećmi. Po przyjeździe do Buska Niemcy, aby ocalić Polaków, zawieźli ich do pobliskiej stacji kolejowej w Krasnem i załadowali do wagonów w pociągu jadącym na Zachód. Mamie udało się wyprosić z tego pociągu. Pochodziła z wioski pod Krasnem i po prostu bała się jechać z małymi dziećmi w nieznane nie mając nic, poza tym co na sobie i na dzieciach. A w rodzinnej wiosce miała trochę schowanych rzeczy. Później dołączyła do kolejnej grupy Polaków przybyłych do Buska z okolic Brodów, w tym i z Ponikowicy. Tam w niemieckiej komendzie Polacy poprosili Niemców o ratunek, o umożliwienie wyjazdu na Zachód, bo tu banderowcy ich zabiją. Niemcy dali wagon i wszyscy wyjechali na ówczesne tereny niemieckie, a obecne polskie Ziemie Zachodnie. To działo się wiosną 1944-go roku.

-Czy z Ponikowicy i okolic wyjechały wszystkie polskie rodziny?

-Tak, wyjechali wszyscy. A kto nie wyjechał, to tu go banderowcy męczyli jak chcieli. To strasznie opowiadać co oni tu z ludźmi robili. Jednego Polaka wyciągnęli z domu, nie wiem co z nim robili, ale potem wrzucili go w lesie w takie wielkie mrowisko i on tak konał w mękach. Innemu to poodcinali ręce i nogi.

-Czy ma pani w Polsce krewnych?

-Owszem, mam przyrodnie rodzeństwo – brata i siostrę. Moja druga mama już nie żyje. Mam też kuzynów po mojej rodzonej mamie. Nazwisko mieli Grabiki i wszyscy to Polacy. Był wujek Jasio, był Franio, Stasio, ciocia Bronia. Oni wszyscy wyjechali do powojennej Polski. Głogów, Szlichtyngowa – tam się osiedlili. Byłam u nich w sześćdziesiątym szóstym roku. Moja kuzynka, która miała sześcioro dzieci, zajęła tam taki duży poniemiecki dom. No i Niemiec, dawny właściciel, przyjeżdżał i przywoził jej różne rzeczy i nawet pieniądze jej dawał. Naprawdę. W każdym narodzie są ludzie i ludziska. Tak to już jest. 

-Czy utrzymuje Pani kontakt z bratem i siostrą w Polsce?

-Siostra jest jakaś taka obojętna i rzadko pisze, a z bratem Czesławem to mam bardzo bliski kontakt. On był tu u mnie z rodziną i pisze do mnie bardzo często. Listy są długie i drukowane, bo on wykształcony. Jest lekarzem w Tarnobrzegu, ale już na emeryturze. W tym roku otrzymałam od niego 13 listów.

-A nie pojedzie Pani jeszcze raz z wizytą do brata?

-Nie wiem. Coś mi się nie chce wyjeżdżać z Ponikowicy. Ja już nie mam do tego zdrowia. Podróż męczy mnie. Ja czuję się dobrze w domu.

-Mógłbym zawieźć Panią do brata moim autem?

-No nie wiem. Poza tym ja mam paszport, ale jeszcze potrzebna wiza.

-Więc nie ma Pani jeszcze Karty Polaka?

-Ja nie wiem co to takiego.

-Każda osoba z rodziny polskiej lub mieszanej, jeśli przedstawi jakieś dokumenty potwierdzające polskie pochodzenie, to może otrzymać Kartę Polaka i wtedy już nie potrzebuje wizy na wjazd do Polski.

-No, a dlaczego ukraiński urzędnik napisał mi w paszporcie narodowość ukraińską? Przecież ja jestem Polką. Dziękuję panu, ale ja się źle czuję i już nie nadaję się na taki wyjazd. A dokumenty to ja już szybko otrzymam, bo cmentarz blisko.

-Serdecznie dziękuję, Pani Emilio, za tę wzruszającą opowieść. No i w Polsce poproszę też Pani brata o jego wspomnienia z tych dramatycznych lat.

(Publikowane wyżej zdjęcia – uzyskane dzięki uprzejmości Sióstr Sercanek opiekujących się tą najstarszą parafianką – ukazują panią Emilię podczas jej stuletnich urodzin w dniu 02.02.2019, natomiast 22-go grudnia 2019 roku Pani Emilia zmarła.)

                      Czesław Poźniak – wspomnienia z Ponikowicy

-79-letniego brata pani Emilii, emerytowanego lekarza Czesława Poźniaka odwiedziłem w listopadzie 2010-go roku w jego mieszkaniu w Tarnobrzegu, prosząc o wspomnienie tamtych dramatycznych lat.

-Myśmy mieszkali w Ponikowicy. Ojciec najpierw mieszkał w Brodach i tam pracował. Później jednak mama zapragnęła mieć własne gospodarstwo i tato kupił wtedy leśniczówkę w pobliżu Ponikowicy. W istocie był tam cały szereg zabudowań. Był i dom mieszkalny, i stodoła, i stajnia, i komórki różnego rodzaju na wszystko, i jeszcze piwnica obok domu wybudowana. No i to była tak zwana “leśniczówka”, oddalona od Ponikowicy wsi o 3 km. Mieszkaliśmy więc na takim trochę odludziu. Ojciec pracował na kolei jako dyżurny ruchu na stacji Zabłotce, dwa i pół kilometra od domu, w którym mieszkaliśmy. Nie będę się chwalił, ale naprawdę mieszkaliśmy w tej leśniczówce jak w raju. Z trzech stron otaczały nas lasy, a tylko od Wschodu, czyli od strony Ponikowicy były pola uprawne. To było urocze miejsce. Linia kolejowa na trasie Lwów-Brody przebiegała obok naszego domu w odległości 150 metrów. No i ojciec pracował 24 godziny bez przerwy, a później za to 48 godzin spędzał w domu. No i on miał w zabudowaniach obok domu warsztat stolarski, bo lubił majsterkować. Sam robił sobie ule dla pszczół i ciągle w tym warsztacie siedział. Ciągle też rozbudowywał swoją pasiekę. Tak więc miodu w domu mieliśmy w bród i to różnego rodzaju.

-Czy pamięta Pan, jak wyglądała wigilia w rodzinnym domu?

-Tak, bardzo dobrze pamiętam, bo kiedy musieliśmy opuścić ten nasz rodzinny dom, to ja już miałem wtedy 13 lat. U nas święta zaczynały się jakby prędzej, bo już dużo wcześniej myślano o świętach i te przygotowania do nich trwały i trwały. Babcia już wypiekała, gotowała. Kuchnią się babcia opiekowała. No i razem z mamą przygotowywała te święta już kilka dni przed wigilią.

-Zapewne pamięta Pan niektóre świąteczne potrawy?

-Oczywiście. Tam nie było Bożego Narodzenia bez tak zwanej kuci. Przypomnę tu co powinno się w niej znaleźć. Otóż, pszenica i mak to były podstawowe artykuły, które musiały być w tej kuci, a do tego rozmaite jeszcze inne dodatki w postaci rodzynek, siekanych orzechów włoskich, orzechów laskowych, no i oczywiście miodu. Miód musiał być dokładnie wyczuwalny organoleptycznie.

-A proszę powiedzieć, jak wyglądała rodzinna uroczystość wigilijna?

-Oczywiście, wszyscy członkowie rodziny musieli być przy tym zastawionym przysmakami stole wigilijnym elegancko ubranymi. W naszym domu to jeszcze był taki zwyczaj, że przynoszono snop słomy i w kącie stawiano. Natomiast w innych domach to tej słomy nie stawiano w kącie, tylko rozrzucano po całej powierzchni podłogi. Dzieci tam tarzały się w tej słomie i strasznie się kurzyło. I dlatego mama nie godziła się na to. Tak więc słoma owszem była u nas, ale spokojnie stała sobie w kącie i nikt po niej nie chodził. No i obowiązkowo musiała być choinka. Z tym był nie lada problem, bo wokół nas były tylko lasy liściaste, no i trzeba było skądś ją kupować. Nie wiem skąd ojciec zdobywał te świerki, ale choinka na Boże Narodzenie zawsze u nas była. Jedyny raz któregoś roku zamiast świerku była tylko sosna. No bo sosny u nas w lasach były, a świerków nie było. No i wtedy ojciec do tego stopnia się wkurzył, że zakupił kilkadziesiąt takich małych świerków i całe gospodarstwo dookoła oraz całą naszą posesję obsadziliśmy świerkami. Tak co metr wsadzaliśmy te świerki, żeby właśnie później wycinać po jednym na święta. Parę lat temu, jak pojechałem tam po raz pierwszy, aby zobaczyć to nasze dawne gospodarstwo, to z tych wszystkich świerków, które myśmy tam posadzili, pozostał już tylko jeden. Był to wspaniały świerk, taki olbrzym chyba na 30 metrów wysoki. Bardzo duży. Niestety, w tej chwili już go tam nie ma, bo ktoś go wyciął.

-Wigilia to oczywiście modlitwa i opłatek.

-Tak, opłatek był obowiązkowo, a modlitwę to zawsze ojciec odmawiał. Miał książeczkę do modlenia, myśmy wszyscy wstawali, no i wtedy zaczynała się ta uroczysta modlitwa. Dopiero po modlitwie dzieliliśmy się opłatkiem. Później były różne dania wigilijne. Tych potraw to naprawdę było aż dwanaście. Zawsze babcia tego pilnowała, żeby było tyle, ile potrzeba. Oczywiście, nie obżeraliśmy się, tylko kosztowaliśmy po trochu tego, tamtego, owego.

-A gdzie na Pasterkę?

-W Ponikowicy był polski kościół, a raczej kaplica, no i na Pasterkę chodziliśmy do tej kaplicy. W tym czasie, kiedy myśmy tam mieszkali, to były jeszcze bardzo surowe zimy. Zawsze więc saniami się jechało, bo śniegu było tak dużo, że trudno byłoby 3 kilometry w takim śniegu iść na Pasterkę. Ale później, jak myśmy stamtąd wyjechali, to te zimy gdzieś zniknęły i potem już nie było takich ostrych i śnieżnych zim. Pamiętam, że te mrozy to były takie srogie, że aż drzewa pękały. Po prostu mróz rozsadzał pnie z wielkim trzaskiem. Pamiętam też, że my ze starszym bratem stawaliśmy na ganku i pluliśmy w dal. Bo nas to bawiło, że jak człowiek splunął, to ślina w locie zamarzała i spadała jako grudka lodu. To były naprawdę bardzo ciężkie, bardzo ostre zimy.

-A jak wydarzyła się ta tragedia, to pan miał szczęście nie być wtedy w domu. Prawda?

-Tak. Myśmy przewidywali, że mogą nas banderowcy napaść. No bo zaczęło się to wszystko na Wołyniu w roku czterdziestym trzecim, a nas ta tragedia dosięgła w nocy z dziewiątego na dziesiątego marca w czterdziestym czwartym roku. No i ojciec, żeby zabezpieczyć nas, to znaczy mnie i moją młodszą o dziewięć lat siostrę, to zawsze na noc wyprowadzał nas do sąsiada Ukraińca. On oczywiście okna zasłaniał, żeby inni Ukraińcy nie podpatrzyli, że tam dzieci Polaków nocują.

-To byli ci sprawiedliwi Ukraińcy, którzy ratowali was.

-Tak, wśród tych złych Ukraińców byli też i dobrzy. Nie można więc tego zła uogólniać, bo było jednak dużo takich naprawdę dobrych, porządnych ludzi, którzy współczuli nam bardzo, szanowali nas i ratowali nasze życie. Oczywiście, na tyle, na ile ich było stać.  No bo gdybyśmy byli w domu w tym czasie, kiedy napadli ci banderowcy, to ja bym już nie żył od czterdziestego czwartego roku.

-No i po tym morderstwie ratowaliście się ucieczką do Polski.

-Jeszcze nie od razu. My najpierw pojechaliśmy i chroniliśmy się w Brodach u księdza. Zresztą tam też Ukrainiec nas zawiózł, bo u nas koni nie było, więc byliśmy zdani na łaskę tych, którzy konie posiadali. Zawiózł nas i tam przez parę tygodni mieszkaliśmy u księdza na plebanii. Później stamtąd powędrowaliśmy do Pietrycz koło Krasnego, gdzie mama się urodziła. Tam w Pietryczach mieszkał brat mojej mamy i u tego wujka mieszkaliśmy też parę tygodni. Później z powrotem wróciliśmy na krótko do Ponikowicy, ale nie do domu rodzinnego, tylko do innego. No i dopiero stamtąd pojechaliśmy już na tereny powojennej Polski. Zamieszkaliśmy w Okocimiu i dopiero po wyzwoleniu z Okocimia pojechaliśmy do Gliwic.  

A nie namawialiście może siostry Emilii, żeby też z wami pojechała?

-Tak. Ja tego bardzo chciałem, bo bardzo żeśmy się kochali. Emilia to wspaniała kobieta, ona mnie wychowywała, bo była najstarsza z rodzeństwa. Bardzo mnie lubiła. Proponowałem jej, żeby zostawiła to wszystko w Ponikowicy i przyjechała do nas, do Polski. Zapewniałem, że będzie nam fajnie z nią mieszkać. Ale odmówiła dlatego, że nie chciała być dla nas ciężarem. To po pierwsze. A po drugie, jak mówiła, kto się będzie tymi grobami w Ponikowicy opiekował? Bo przecież tam zginął wtedy nie tylko ojciec, ale i babcia moja i dziadzio, no i później jeszcze zamordowano brata Józefa, starszego ode mnie.

-A proszę powiedzieć, kiedy pan po raz pierwszy wrócił tam, żeby zobaczyć ojcowiznę?

-To już było jakieś 10 lat temu? Długo, długo tam nie zaglądałem. No, w tej chwili tam już nic nie ma. Został tylko ten na wpół zrujnowany dom. Wszystkie zabudowania gospodarcze zniknęły. Ludzie wszystko rozebrali, rozdrapali, rozkradli. A ten dom już się zawalił, pomimo tego, że był nowy, przed wojną wykończony.

-A po tym morderstwie dom został zapewne przez banderowców ograbiony?

-O tak. Sąsiedzi z za opłotków to widzieli. Mówili, że siedem załadowanych furmanek wyjechało z naszego domu. No bo banderowcy brali wszystko, co tylko się nadało do transportu. Ładowali to wszystko na te furmanki i wywozili, a mieli co brać, bo rzeczywiście było u nas tego wszystkiego w bród. Dobrze nam się powodziło przed wojną. Ojciec nieźle zarabiał na kolei, a do tego jeszcze sam majsterkował, więc pomnażał to, cośmy posiadali. Ten stan posiadania ciągnie się zwiększał, więc było co ładować i wywozić.

-Czy można sądzić, że powodem tego napadu akurat wtedy było to, że nocowała u was siostra księdza Duszenki?

-Tak, to był pech. Rzeczywiście księdza Duszenkę, naszego proboszcza zamordowano 2-go września 43-go roku na plebanii. On mieszkał w Halerczynie koło Wysocka. To było niedaleko, jakieś 4 kilometry od naszego domu. No i wtedy jego siostrze, Rozalii Drożdżal, która u niego była gospodynią, udało się pozostać przy życiu. A to dzięki temu, że schowała się za łodygi maku wyrwane z korzeniami i oparte o ścianę plebanii dla wysuszenia. Ona cisnęła tam za te makówki swoją córeczkę, małą dziewczynkę i sama się tam wślizgnęła. No i dzięki temu przeżyła. A księdza zamordowano. Po tej tragedii wszystkie nie zrabowane przez banderowców rzeczy Rozalia zapakowała do takiej ogromnej skrzyni i przetransportowała do nas na przechowanie. Przyprowadziła nam też swoją krowę i jeszcze takiego fajnego pieska pokojowego, którego ksiądz trzymał na plebanii. Ta skrzynia trafiła do naszej powozowni. No i banderowcy z pewnością ją zrabowali zanim powozownię, całą stodołę i warsztat stolarski spalili. Dom też chcieli podpalić, ale im się to nie udało. Jak na drugi dzień weszliśmy do domu to dziadzio, babcia i siostra księdza leżeli zastrzeleni na jednym łóżku. Zabitego ojca znaleźliśmy za torami kolejowymi, za mostem. Uciekał w kierunku sąsiadów, no ale nie zdążył. Dziadzio miał 73 lata, babcia – 72, a siostra księdza mogła mieć około 50 lat. To jeszcze była młoda kobieta, bo przecież miała niewielką kilkuletnią córeczkę, której na szczęście u nas nie było. Pamiętam widok tego łóżka: z jednej strony leżał dziadzio, z drugiej strony babcia, a ta siostra księdza leżała w środku pomiędzy nimi. Banderowcy próbowali chyba ich podpalić, bo była na nich spopielona słoma.

-Oferowałem Pani Emilii, że ją własnym autem przywiozę w odwiedziny do Pana. Mówiła jednak, że źle się czuje, a poza tym musiałaby otrzymać polską wizę w ukraińskim paszporcie.

-Oglądałem ten paszport własnymi oczami. No i pytam się siostry: -Słuchaj, od kiedy ty jesteś Ukrainką? Przecież jesteś Polką, a w paszporcie masz narodowość ukraińską i obywatelstwo ukraińskie. A ona na to: -Jak wymieniano u nas wszystkie paszporty, wszystkie dowody osobiste, to mi tak wpisano. Jak się upomniałam, że to jest nieprawda, bo ja jestem przecież Polką, to zapytali mnie groźnie: -A co wam tak na tym zależy?

W konsekwencji siostra przestała się domagać zmiany tego wpisu, bo się po prostu bała. No i tak zlikwidowano resztę Polaków w okolicach Brodów wydając im fałszywe dowody osobiste.

(Oba te wywiady nagrał red. Jacek Borzęcki w 2010 roku do swojej ówczesnej audycji “Kresowe Dziedzictwo” w Polskim Radio Rzeszów, a teraz spisał i opracował dla “Archiwum Wolności” PTK)

Napsat komentář

Vaše e-mailová adresa nebude zveřejněna. Vyžadované informace jsou označeny *

Přejít na obsah