archiv svobody

Czesław Blicharski

Wywiad z Czesławem Blicharskim, kresowianinem, w czasie wojny lotnikiem na Zachodzie, twórcą kolekcji „Archiwum Tarnopolskie”.

-Jak zareagował Pan na wkroczenie wojsk sowieckich do Tarnopola we wrześniu 1939 roku?

-Postanowiłem przedostać się do Rumunii i dalej do Francji, aby przyłączyć się do formowanych tam Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. To była jednak długa historia. Pierwszą taką próbę podjąłem na początku października 1939 roku. Udałem się do Konsulatu Rumunii we Lwowie po wizę. Brzmi to fantastycznie, ale o dziwo ten konsulat działał i za 20 rubli można było dostać wizę do Rumunii. Kolejka po wizę była długa i jakoś to nie zwracało uwagi kręcących się po mieście patroli sowieckich. I tak stojąc w tej kolejce dogadałem się z trzema kolegami. Ja ich wprawdzie nie znałem, ale oni – tak samo jak i ja – zamierzali przedostać się do polskiego wojska na Zachodzie. Jeden z nich był studentem Politechniki – nazywał się Tułacz. Drugi był studentem medycyny i miał nazwisko Lekki. Trzeci był kadetem i nazywał się Gołąb. Potem, w drodze do granicy rumuńskiej, nabijaliśmy się z samych siebie, że „Blicharski, Tułacz, Lekki jak Gołąb, idzie za granicę”. To była ta wesoła część naszej eskapady, natomiast dalsza część była już smutna. Nie będę tu wchodził w szczegóły, bo to jest dość obszerna historia, ale tak z grubsza to na skutek zdrady Ukraińców zostaliśmy ujęci przez żołnierzy sowieckich. Stało się to w wiosce Szeszory w rejonie Kosowa. Tam przed wojną byłem na obozie harcerskim, więc liczyłem na przychylność ze strony miejscowych Ukraińców, leśniczego i gajowych, z którymi zawarłem wówczas znajomość. Niestety, gdy nocowaliśmy u pana Skoreckiego, jednego z członków Związku Szlachty Zagrodowej, to zostaliśmy ujęci przez kilku Ukraińców. Mieli oni na sobie płaszcze polskich lotników i polskie uzbrojenie. Nie trudno było odgadnąć, w jaki sposób weszli w posiadanie takiego sprzętu, więc baliśmy się o swoje życie gdy wsadzili nas na furmankę i wieźli drogą przez las w kierunku Kosowa. Jakoś ich zagadaliśmy, a poza tym nie mieliśmy żadnych cennych rzeczy, więc udało się nam uniknąć najgorszego. Później się dowiedziałem, że właśnie Ukraińcy w tych okolicach mordowali Polaków zmierzających w kierunku granicy rumuńskiej. W Kosowie  zawieźli nas na posterunek NKWD, co oczywiście nie wróżyło nic dobrego. Trzeba jednak pamiętać, że to był wciąż jeszcze początek okupacji sowieckiej i oni jeszcze nie byli dobrze zorganizowani, zwłaszcza na samym dole, czyli na wiejskich posterunkach.  Tak więc udało nam się z tego posterunku jakoś wykręcić, ale wyprawa na Zachód niestety nie udała się.  

-Nie dał Pan jednak za wygraną i nie porzucił tego zamiaru?

-Tak. Drugą próbę podjąłem dopiero w kwietniu 40-go roku. Ale wrócę tu jeszcze do października 39-go roku, gdy wybrałem się do Lwowa, to pociągi nie jechały do Lwowa normalną linią przez Złoczów, bo była zerwana, a tylko linią przez wioskę Berezowica, do której trzeba było dojść piechotą. I tam na stacji stał pociąg z transportem internowanych polskich oficerów, którzy później trafili do Katynia. I obok tego pociągu, zaraz na sąsiednim torze, stał przez jakiś czas nasz pociąg do Lwowa. Wagony obu pociągów stały na tyle blisko obok siebie, że sprawny fizycznie człowiek mógł przeskoczyć z jednego do drugiego. No i gdy wówczas zobaczyłem wśród tych polskich oficerów kolegę mojego starszego brata, to krzyknąłem do niego, żeby przeskoczył do nas. Było to możliwe także i dlatego, że akurat nie było w pobliżu żadnego patrolu sowieckiego. Co więcej, niektórzy z nich nawet wychodzili z tych wagonów aby na peronie kupić sobie coś do jedzenia. W reakcji na moje słowa tenże kolega mego brata odkrzyknął do mnie, że nie ma potrzeby uciekania, bo ich chroni jeniecka konwencja międzynarodowa. Stojący obok niego oficer niewiele myśląc posłuchał mojej rady i przeskoczył do naszego wagonu. Zaraz przebraliśmy go w cywilne ubranie i pojechał z nami do Lwowa. Jak się okazało, był to lwowiak, lwowski „batiar”.  W ten sposób uratował życie, bo potem nie znalazłem jego nazwiska na tzw. „liście katyńskiej”. A tymczasem ów kolega mego starszego brata na tej liście był wymieniony.

-Jakie były losy tej drugiej, kwietniowej wyprawy przez zieloną granicę na Zachód?

-To była wyprawa w zasadzie rodzinna, bo w niej było nas czterech braci oraz jeden kolega. Niestety, wyprawa też niefortunna. „Zieloną” granicę na Węgry przekraczaliśmy w nocy, a w dodatku gęsta mgła drastycznie ograniczała widoczność. Jak się okazało, dwukrotnie w tej mgle przekraczaliśmy „zieloną” linię graniczną, tam i z powrotem, aby ostatecznie znaleźć się po stronie polskiej, gdzie zostaliśmy  schwytani przez patrol sowiecki. Uwięzieni przez NKWD w Stanisławowie i Humaniu, zostaliśmy skazani za „szpiegostwo” na 5 lat  syberyjskich łagrów.

-Potem – jak czytam w Pana życiorysie – była Armia Andersa, przybycie do Anglii, szkolenie i służba w lotnictwie, a po wojnie studia prawnicze na Oxfordzie i kilkuletni pobyt w Ameryce Południowej, zanim wrócił Pan do Polski.  

-Muszę sprostować to ostatnie pana sformułowanie. Otóż, dla mnie to nie był „powrót do Polski”, tylko ”przyjazd do PRL-u”. A w Anglii służbę w lotnictwie zakończyłem w Dywizjonie Bombowym  300 „Ziemia Mazowiecka”, a do PRL-u przyjechałem z Argentyny w 1956 roku.

-To była niewątpliwie odważna decyzja.

-Była tak odważna i ważna, że aż rozchorowałem się i do dzisiaj mam kłopoty z żołądkiem.

-Te kłopoty nie przeszkodziły jednak Panu w podjęciu bardzo aktywnej działalności poza pracą zawodową. W ciągu kilkudziesięciu lat zgromadził Pan niezwykle bogate zbiory kresowe dotyczące rodzinnego miasta – Tarnopola.

-Nie będę tu opowiadał o różnych trudnościach po przyjeździe do PRL-u. W każdym razie zaobserwowałem rzecz, która mnie cholernie dobiła, a mianowicie to gnojenie historii Polski w ogóle, a Kresów Wschodnich w szczególności. Nawet nie wolno było nigdzie oficjalnie użyć nazwy „Kresy Wschodnie”, tylko wymyślili termin „zabużański kraj”.

-A w dowodzie osobistym wpisywali kresowianom „urodzony w ZSRR”, prawda?

-Tak. Mam taki dowód osobisty. Cóż można powiedzieć? W tygodniku „Polityka” kiedyś wyczytałem coś tam o „kresach wschodnich”. To było chyba w latach 60-tych. No i zrodziła się we mnie myśl, ze trzeba ratować od zapomnienia tę historyczną część Polski. Problem polegał jednak na tym, że trzeba było wejść w kontakt z osobami pochodzącymi z Kresów i pozyskać od nich materiały kresowe. Znałem okupację sowiecką w jej początkach, czyli od września’39 do kwietnia’40, a więc zdawałem sobie sprawę z tego, że moje znajomości przedwojenne były teraz dość ograniczone. Spotykałem co prawda kolegów z tamtych stron.  Wśród nich znalazł się nawet minister rolnictwa, nazywał się Kołodziej i związany był ze stronnictwem ludowym. Znałem też szereg generałów i pułkowników pochodzących z Kresów, ale trudno było ich pozyskać do pomocy w realizowaniu tej mojej idei. Jeden z takich kolegów, który w czasie wojny był w Armii Krajowej w powiecie krasnostawskim tak odpowiedział na moją propozycję współpracy: -A po co ci to? Komu to dzisiaj potrzebne? Jednak miałem szczęście i udało mi się pozyskać kontakty z dawnymi mieszkankami Tarnopola. Nawiązałem te znajomości poprzez moją żonę, która przed wojną była w Tarnopolu harcerką, ostatnią drużynową tamtejszej harcerskiej drużyny dziewczęcej. Dzięki temu dotarliśmy do wielu jej koleżanek, które jak się okazało były – jak by to powiedzieć – wierniejsze, czy odważniejsze i chętnie podjęły współpracę w poszukiwaniu i zbieraniu wśród kresowian pamiątkowych przedmiotów pochodzących z Tarnopola. Później, w miarę gdy mimo wszystko rosła liczba tych osób zainteresowanych, założyłem coś w rodzaju „rodziny tarnopolskiej”. To nie była organizacja sensu stricto, tylko to byli ludzie związani emocjonalnie poprzez Tarnopol – jedna grupa ze mną, a druga z moją żoną. W sumie ta nasza „rodzina tarnopolska” liczyła około 200 członków, którzy stali się podstawą już nie tylko gromadzenia przeze mnie materiałów kresowych, ale i wydawania szeregu prac na temat Tarnopola.

-Czy odwiedził Pan swoje rodzinne miasto już po odzyskaniu niepodległości przez Polskę i Ukrainę?

-Nie. Do ukraińskiego Tarnopola nigdy nie pojechałem. To była moja świadoma decyzja i to pomimo tego, że mnie zapraszali tamtejsi rodacy. Chciałem po prostu zachować w pamięci polski Tarnopol z moich lat dziecięcych i młodzieńczych. Proszę zrozumieć, że ja od dzieciństwa widziałem jak rosła ta nowa niepodległość, jak rozwijała się ta nasza odrodzona Ojczyzna, jak nabierała koloru. Miałem 21 lat gdy opuszczałem Polskę. Byłem gorącym patriotą polskim i taka wówczas była cała nasza młodzież, bo byliśmy  wychowani na historii i na tej wielkiej wartości, jaką była odzyskana niepodległa Ojczyzna. To nie tak jak dzisiaj. Tamte moje przeżycia pozostały we mnie na zawsze i postanowiłem zachować w sobie obraz mojego miasta takim, jakim go zapamiętałem w latach sprzed 1-go września 39-go roku.

-A jak zapamiętał Pan to miasto po 1-szym września?

-Pamiętam to wszystko co działo się w Tarnopolu przed 17-tym września. Widziałem upadek niepodległości Rzeczypospolitej. Jeszcze przed 10 września tłumy rodaków z centralnych części kraju przetaczały się przez miasto uciekając w kierunku granicy. Widziałem eleganckie damy z przysłowiowymi pudłami na kapelusze. Widziałem też po 17-tym września porzucone w przydrożnym rowie legitymacje, odznaczenia, krzyże, nawet „virtuti militari”.  

-Obecnie w Tarnopolu żyje wprawdzie niewielu Polaków, ale mają polskie organizacje społeczno-kulturalne. Czy utrzymuje Pan z nimi jakiś kontakt?

-Tak, cały czas mam z nimi kontakty, ale to wcale nie jest tak różowo, jak może chciałby pan to widzieć. Różnie tam bywało ostatnio. Mam pewne przygody z tamtejszymi księżmi, ale może to jest zbyt obszerny temat, żeby go tu poruszać. Streszczając mogę tylko tyle powiedzieć, że polityka watykańska w tamtych stronach jest bardzo brzydka, bo tworzy tzw. Kościół rzymsko-katolików Ukraińców.  

-Poświęcając na ołtarzu Polaków, którzy w czasach Związku Sowieckiego zdołali ten rzymsko-katolicki Kościół zachować.   

-Dosłownie – można powiedzieć – na ołtarzu, no bo na przykład w Tarnopolu ze składek biedaków z Polski zbudowali nowy kościół, no ale już w tym kościele ksiądz proboszcz rozmawia z ministrantami po ukraińsku bez względu na to, że to są chłopcy polscy. Tam jest zresztą z tego powodu ferment. No ale wymiera to starsze pokolenie, które przywiązane jest raczej do tej kaplicy cmentarnej, która przed zbudowaniem nowego kościoła służyła Polakom w sytuacji przejęcia dawnych polskich świątyń w Tarnopolu przez greko-katolików.

-Panie Majorze, z moich doświadczeń dziennikarskich wynika, że może nie jest aż tak źle. Odwiedziłem na Ukrainie bardzo wiele parafii rzymsko-katolickich i wszędzie tam, gdzie polscy parafianie życzyli sobie mszy w języku polskim – była msza polska. Były też takie miejsca jak np. Latyczów, gdzie ksiądz proboszcz zlikwidował polską mszę w niedzielę i w zamian odprawiał taką mszę we wtorki i czwartki. Jednak na ogół wszędzie gdzie Polacy są i życzą sobie niedzielnej mszy w języku polskim,  tam odprawiane są polskie msze obok ukraińskich

-Proszę pana, co to znaczy: „Polacy życzą sobie w swoim kościele polskiej mszy”?

-Niestety bywa tak na Ukrainie, zwłaszcza na tej dalszej i w parafiach nie prowadzących polskich szkółek dla dzieci, że osoby pochodzenia polskiego nie rozumieją dobrze polskiej mowy. Msza odprawiana w języku ukraińskim im wystarcza, bo ta liturgia jest dla nich bardziej zrozumiała i wobec tego brak jest odpowiedniej inicjatywy ze strony wiernych.

-Od wiernych w jakim wieku?

-Najstarsi Polacy niestety wymierają, więc aktywni parafianie są w średnim wieku. I jeśli ich dzieci nie rozumieją po polsku to bywa i tak, że ksiądz rezygnuje z polskiej liturgii, czasem tylko częściowo poprzez głoszenie homilii w języku ukraińskim.

-Pan po prostu widzi to, co chce widzieć.

-Bywają oczywiście różne sytuacje i wszystko zależy od postawy wiernych oraz księdza.

-No dobrze, a od kogo zależny jest ten ksiądz? Przecież on nie prowadzi własnej polityki. Z tego co ja się orientuję i z tych odgłosów dochodzących nawet z Kijowa… W Kijowie na przykład nie ma tego problemu, tak samo i w parafiach na Żytomierszczyźnie. Natomiast problem ten jest bardzo widoczny na zachodnich terenach Ukrainy, czyli na naszych przedwojennych ziemiach. I pełna ukrainizacja tych parafii jest tylko kwestią czasu, nawet mniej niż jednego pokolenia, bo takie jest nastawienie i taki kierunek idzie z Watykanu. To jest polityka watykańska, a nie polska.

-W każdym razie, gdy przeprowadzałem wywiad z arcybiskupem Mieczysławem Mokrzyckim, to on zapewniał mnie, że wszędzie gdzie jest taka potrzeba, gdzie są wierni znający język polski, to tam na pewno nie może zabraknąć polskiej mszy.

-Ale mnie chodzi o przyszłość. Mógłbym panu dać szereg przykładów. W roku bodaj 90-tym została odnowiona parafia rzymsko-katolicka w Tarnopolu. Niestety, prawosławni, a potem greko-katolicy zajęli polski kościół po-dominikański, jedyny który ocalał po wojnie, no i Polacy musieli zadowolić się kaplicą cmentarną. Czyniłem starania aby przy poświęceniu tej nowej parafii nazwać ją przedwojennym mianem dla podtrzymania tradycji. Oni jednak nadali tej parafii zupełnie nową nazwę. To jest taki jeden przykład. A oto inny przykład. Mój kolega Maciej Gallus, kolekcjoner pocztówek tarnopolskich, odkrył na targu staroci przedwojenną srebrną tablicę pamiątkową z tarnopolskiego kościoła jezuickiego. To była tablica „Kongregacji Mariańskiej Pań w Tarnopolu” i przed wojną wisiała w kościele jezuickim przy głównym ołtarzu, w którym umieszczona była figura Matki Boskiej Niepokalanego Poczęcia. Na tablicy widniało ponad sto nazwisk. To był kawał historii tego miasta, bo te nazwiska coś mówiły. Na pewno sto procent tych nazwisk znajduje się w opracowanym przeze mnie słowniku biograficznym Tarnopolan. Wspólnie zakupiliśmy ją dla zbiorów tarnopolskich w maju 1994 roku wydając na to kupę pieniędzy, nie będąc przy tym osobami zamożnymi. Nawiasem mówiąc tablica była już częściowo przecięta, bo widocznie ktoś kombinował aby sprzedać ją jako złom srebra. Dla podtrzymania ciągłości polskiej tradycji z dawnych czasów, w 1995 roku za pośrednictwem proboszcza parafii w Dragonówce koło Tarnopola, jezuity ks. Józefa Chromika, przekazaliśmy tę tablicę dla tej właśnie odnowionej polskiej parafii w tarnopolskiej kaplicy cmentarnej. Poprzedni proboszcz, ks. A. Górowski, nie powiesił tablicy w kościółku zostawiając to swemu następcy, a ten kolejny proboszcz, jak się ostatnio dowiedziałem, włożył ją do rupieci na strychu i już nie pamięta gdzie ona leży.

-Napisał Pan i wydał, co prawda w niewielu egzemplarzach, aż jedenaście książek o Tarnopolu, o tamtejszych Polakach, o szkołach, o gimnazjach, o harcerstwie tarnopolskim, o Towarzystwie Gimnastycznym „Sokół”, także „Słownik Biograficzny Tarnopolan”, i szereg innych. Czy jest szansa żeby to wydać w jakimś wydawnictwie?

-Wtedy, kiedy ja to wydawałem, czyli w końcu lat osiemdziesiątych, na przełomie dziewięćdziesiątych, to wydanie książek w profesjonalnym wydawnictwie nie było takie łatwe. Trudno było wówczas myśleć o jakiejś szerszej akcji wydawniczej. A teraz to już trochę dla mnie za późno. W Anglii działał tarnopolanin, literat, poeta, Stanisław Sobotkiewicz, który bardzo mi pomógł finansowo w gromadzeniu zbiorów tarnopolskich. Gdy on umarł w 1993 roku, to postanowiłem upamiętnić go tablicą pamiątkową, którą przekazałem do tej kaplicy cmentarnej w Tarnopolu. I tę jedną tablicę faktycznie tam umieszczono. Podobno powieszono też w kaplicy wysłaną tam przeze mnie plakietkę „450-rocznica zwycięstwa polskiego króla Jana III Sobieskiego pod Wiedniem”, którą zupełnie przypadkowo udało mi się nabyć w Opolu.

-Panie Majorze, proszę na koniec powiedzieć czego – według Pana – brakuje dzisiejszej Polsce, w porównaniu do tej Polski przedwojennej, gdy Pan był jeszcze młodzieńcem?   

-Brakuje niestety bardzo dużo rzeczy. Na pierwszym miejscu postawiłbym tu patriotyzm, z którym łączy się bezinteresowność. Łączy się z tym też poczucie służby Ojczyźnie. Minister, co mówi sama genealogia tego słowa, nie może być człowiekiem zainteresowanym korzyściami materialnymi dla siebie czy dla bliskich sobie osób. Minister to ten pierwszy, który wykonuje służbę dla Ojczyzny. Na drugim miejscu, jak mi się wydaje, jest wiara człowieka w jakiś ideał, dla którego byłby on gotów bezinteresownie poświęcić bardzo wiele, wszystko co możliwe. Przed wojną czymś bardzo ważnym były stowarzyszenia, były te – jak to się dzisiaj mówi – inicjatywy obywatelskie. W naszych stronach tam na Kresach mieliśmy m.in. takie Towarzystwo Szkoły Ludowej. Skupiało ono ludzi ideowych, którzy bezinteresownie poświęcali się szerzeniu oświaty na wioskach z równoczesnym wspieraniem polskości. Funkcjonowało też takie Stowarzyszenie Zagrodowej Szlachty Polskiej, którego celem było odzyskanie dla polskości tej zrutynizowanej szlachty zagrodowej.

-Dziękuję za rozmowę.    

(Rozmawiał Jacek Borzęcki)

Napsat komentář

Vaše e-mailová adresa nebude zveřejněna. Vyžadované informace jsou označeny *

Přejít na obsah