archive of freedom

Eugeniusz Cydzik

Wspomnienie Eugeniusza Cydzika, byłego żołnierza AK , więźnia sowieckiego łagru, założyciela i pierwszego prezesa Polskiego Towarzystwa Opieki nad Grobami Wojskowymi we Lwowie.

Jako harcerz piątej żeglarskiej drużyny harcerskiej imienia Traugutta w Grodnie, skończyłem pełne przysposobienie wojskowe, ukończyłem pełny kurs. Po napadzie hitlerowskich Niemiec na Polskę harcerze zgłosili się do obrony Grodna. Oczekiwaliśmy raczej, że Niemcy zbliżą się od strony Augustowa i obrona przed wojskami niemieckimi przygotowywana była w północno-zachodniej części miasta. Tymczasem 17 Września dowiedzieliśmy się o inwazji sowieckiej na Polskę. Musieliśmy więc przygotować się do obrony Grodna od wschodu, czyli od strony Skidla i  Lidy. Tam w Skidlu już wybuchła dywersja, to znaczy polscy komuniści opanowali posterunek policji. W tej sytuacji dwoma autobusami wyruszyła z Grodna ekspedycja karna i tam zrobili z nimi porządek. Byliśmy przygotowywani, że Sowieci nadejdą od wschodu, tymczasem oni przeszli przez Niemen w górze rzeki, w miejscowości Mosty i zaatakowali Grodno od południowego zachodu. Od strony przedmieścia przyjechał pierwszy sowiecki czołg, no i został ostrzelany przez działko przeciwlotnicze. Potem obrońcom udało się jeszcze rozbić jakiś tam samochód i radiostację. Ja miałem sztucer myśliwski z lunetą i celownikiem, inni harcerze mieli jakieś karabiny. Skierowano nas na brzeg rzeki pomiędzy mostem drogowym i kolejowym, no i tam broniliśmy przeprawy przez Niemen. Sowieci próbowali tam przeprawiać się na łódkach, na tratwach i w ten sposób opanować centrum miasta.

Ja byłem w takiej bluzie PW, w drelichowych spodniach, w trzewikach i furażerce. Nic więcej. Brat stryjeczny mego ojca, Stefan Cydzik był prezydentem miasta, więc byłem dobrze zorientowany w sytuacji. Przed wojną do nas przyjeżdżali na polowanie: starosta powiatowy – Józef Drożański, nadkomisarz policji – Borudzki, sędzia Popkowski, doktor Gula i mecenas Zaboklicki. Znałem tego nadkomisarza Borudzkiego – był to krępy, niewysokiego wzrostu brunet z wąsikiem, a strzelał wspaniale. Na polowaniu nigdy nie przystawiał dubeltówki do oka, tylko tak z przerzutu strzelał. No i on mnie skierował w tamtą stronę wiedząc, że ja mam tam w pobliżu dom. Uzbrojony byłem w swój myśliwski sztucer, ale miałem do niego mało amunicji, bo tylko 20 naboi. Jak je powystrzelałem, to sztucer był już bezużyteczny. Dali mi więc karabinek Mauser.

Niestety, Grodno zostało zajęte przez Sowietów. A wie pan, że z Sowietami na czołgach wjechali do Grodna grodzieńscy komuniści czyli Żydzi. Był tam Abraszkin, Margolis i Liwczyc. Nasi ich rozpoznali. Karabinka ani sztucera nie wyrzuciłem, tylko zakopałem. Ten sztucer znajduje się obecnie w Warszawie, oczywiście bez kolby, bo na kolbie robiłem zacięcia, gdy udało mi się trafić wroga. No i jak koledzy zobaczyli te nacięcia, to powiedzieli, że w razie wpadki to byłby wyrok śmierci na mnie. Odbili więc tę kolbę i wrzucili do ognia.

Po zajęciu Grodna koledzy poszli na Litwę. Ja nie miałem z czym iść: ani grosza w kieszeni, nawet bielizny na zmianę nie miałem, tylko to co na sobie. Najpierw przechowałem się przez parę dni w Grodnie. Bolszewicy szaleli, terror był okrutny. Potem udało mi się jakoś przedostać na wieś do ojca – Misiewicze, 36 kilometrów od Grodna w stronę Wołkowyska. On miał tam gospodarstwo rolne. Na razie Sowieci nas nie ruszali. Natomiast szaleli miejscowi białoruscy komuniści. Najpierw zamordowali Tadeusza Ursyn-Niemcewicza z sąsiedniego gospodarstwa, potem Krasickiego z Bojar i Strzałkowskich z Bohatyrowicz. Sowieci pozwolili im robić co chcą. Wycinali sobie drzewa z lasu, ale nie schylali się, tylko piłowali metr od ziemi.

Potem Sowieci zaczęli aresztować znaczniejszych Polaków, między innymi mojego stryjka z Grodna. My z bratem jakiś czas przebywaliśmy na wsi u ojca i jakoś nas nie ruszali. To był już koniec lata, po żniwach, już były wykopki. Natomiast zimą przyjechał do nas Romek Delimata, syn naczelnika poczty z Grodna. On przeprowadził całą swoją rodzinę z Grodna do Generalnej Guberni. A ponieważ Żydzi widzieli mnie i brata podczas obrony Grodna, więc było ryzyko, że ktoś z nich nas rozpozna. Ojciec powiedział, że musimy uciekać, no i podjęliśmy taką decyzję. Przyjechaliśmy do Zarębów Kościelnych w pobliżu granicy i tam na wsi zatrzymaliśmy się u pewnej pani, której mąż nie wrócił jeszcze z wojny. W nocy kolejno ruszyliśmy w kierunku linii granicznej. Niestety, brata złapali na granicy, a mnie jakoś udało się przedostać. To była, proszę pana, okropnie sroga zima 40-go roku, głęboki śnieg i około 30 stopni mrozu. Nie wiem, jak ja to wytrzymałem. Byłem strasznie zmarznięty i miałem przemoczone stopy, bo w dodatku przedarły mi się podeszwy w butach. W czasie tej wędrówki zatrzymywałem się na noc u mieszkańców wiosek i rano do dziurawych butów wkładałem gazety, a wieczorem wyjmowałem je przemoczone i wrzucałem do pieca.  W końcu udało mi się dotrzeć do Warszawy. Nie przypuszczałem, że warunki życia będą tam aż tak trudne: chleb na kartki, sacharyna, kawa zbożowa. Zatrudniłem się więc u gospodarza na Mazowszu i jakoś dociągnąłem do 41-go roku.

Gdy Niemcy uderzyli na Wschód, no to gdzieś w lipcu zdecydowałem się wracać w rodzinne strony. Dotarłem do Bugu, a tam okazało się, że Niemcy dalej trzymali granicę Generalnego Gubernatorstwa, no i trzeba było przedostać się potajemnie. Jak się okazało, tam ciągle jeszcze stały czołgi sowieckie, tylko bez załogi. Niemieckie wojska nacierały już na Mińsk, a pod Grodnem pozostało jeszcze około 30 tysięcy żołnierzy sowieckich. Niemcy oczywiście ich wszystkich złapali, rozbroili i zamknęli na ogrodzonym polu pod Kiełbasinem. Tam oni marli z głodu, z tyfusu i z dyzenterii. Widziałem osobiście jak tam przyjeżdżała furmanka załadowana burakami i jeden burak wypadł z tego wozu. Kilku jeńców rzuciło się na ten burak nie bacząc na ciosy otrzymywane od Niemców i żandarmów białoruskich. Bo trzeba tu powiedzieć, że białoruska policja służyła już Niemcom. Byli umundurowani w niemieckie płaszcze wojskowe z żółtymi wyłogami. Byli też tam ukraińscy policjanci służący Niemcom.

W rodzinnych stronach byłem dobrze znany, więc od razu przyjęto mnie do Narodowych Sił Zbrojnych. O broń trzeba było postarać się samemu. Pamiętam, że z czołgu sowieckiego wymontowałem karabin maszynowy oraz zabrałem dużo amunicji i granatów. To wszystko zamelinowałem. Mój kolega też zaopatrzył się w sowiecki karabin maszynowy. Z tych możliwości zdobycia broni korzystały też niestety różne bandy, które grasowały w tych okolicach i rabowały mieszkańców. Byli to głównie białoruscy komuniści i sowieccy żołnierze, którzy pouciekali z obozów jenieckich. W ciągu dnia gdzieś tam leżeli w krzakach, a w nocy chodzili po wioskach i rabowali. W tej sytuacji zorganizowałem samoobronę w naszej wiosce Misiewicze. W sąsiednich okolicach również powstawały takie oddziały samoobrony. Pamiętam, że w dniu 2 lutego 1942 roku, starszy sierżant Bortkiewicz mianował mnie na stopień kaprala i złożyłem przysięgę jako żołnierz Armii Krajowej. A przysięgałem wówczas na ten dzisiaj wiszący na ścianie krzyżyk, który moja mama kupiła w dwudziestym siódmym roku w Wilnie podczas koronacji Matki Boskiej Ostrobramskiej. Przy tym krzyżyku zmarł mój ojciec, matka, także i moja żona, no i ja również będę przy nim umierał.

W tym czasie Niemcy już brali młodzież na przymusowe roboty do Niemiec. Zarządzili, że takie a takie roczniki mają się zgłosić. Nikt się jednak nie zgłosił, więc Niemcy wzięli jako zakładników i uwięzili w Białymstoku takiego Przanowskiego oraz Staszka Krycińskiego.  Przanowski oficjalnie był sekretarzem w Gminie rządzonej przez niemieckiego komisarza, ale zarazem pełnił ważną funkcję w wywiadzie akowskim, natomiast Kryciński był przed wojną podchorążym, a ponieważ znał język niemiecki, więc pracował jako tłumacz dla Niemców. No i ogłoszono, że jeśli do określonej daty wyznaczone roczniki nie zgłoszą się, to zakładnicy zostaną rozstrzelani. W tej sytuacji wszyscy zgłosili się, no i zakładników wypuszczono. Oni nie wrócili już do pracy tylko postanowili funkcjonować na stopie nielegalnej, czyli w akowskim “podziemiu”. W tym celu potrzebowali jednak zmienić swoje dane osobowe, a więc potrzebne były blankiety dokumentów. Takie blankiety trzymane były w Urzędzie Gminy. Podczas odprawy akurat mnie wydelegowano abym postarał się o pracę w Gminie jako nocny stróż. Dostałem tę pracę i przez około pół roku pilnowałem w nocy gminnych koni i samochodu. Pozostało tylko dorobić klucze, co się udało, no i mogłem już dostarczyć Przanowskiemu i Krycińskiemu blankiety paszportów z ich zdjęciami podbitymi oryginalnymi niemieckimi pieczęciami z gapą (czyli nazistowską wersją herbu Niemiec). Natomiast jeden z naszych kolegów bardzo dobrze potrafił podrabiać podpisy komisarza. No i w ciągu tych kilku miesięcy udało mi dostarczyć naszej podziemnej organizacji dziesiątki tych blankietów. W końcu jednak poprosiłem kolegów o uwolnienie z tego zadania, no i wysłano mnie do podziemnej podchorążówki w Grodnie i do oddziału dywersyjnego.  Było nas tam trzech do specjalnych zleceń. Moim bezpośrednim dowódcą był ps. “Czarny”, czyli Zbigniew Jarosz (on prawdopodobnie poległ w Powstaniu Warszawskim). Moim odcinkiem działania był teren pomiędzy Grodnem a Białymstokiem. Co prawda nie uczestniczyłem w akcjach bojowych, a tylko w dywersyjnych. Dawano nam stosowne materiały i dokładnie objaśniano, gdzie i co mamy zrobić, no i wykonywaliśmy te zadania.

Front w 1944 roku zastał mnie nad Biebrzą w okolicach Suchowoli, Osowca, Korycina. W dniu 2-go sierpnia szliśmy w kierunku Warszawy aby przyłączyć się do Powstania. Jednak w Korycinie zatrzymała nas i rozbroiła “kontrrazwietka Smiersz” (sowiecki kontrwywiad wojskowy). W trakcie rozbrajania oddałem pas, automat, pistolet i granaty, a zupełnie zapomniałem o pistolecie kaliber 6,35 Browning w jednej z tylnych kieszeń i w rezultacie zachowałem go. Potem zakopałem go, a po latach odkopałem i teraz mam go u siebie. Powiedzieliśmy sowieckiej “kontrrazwietce”, że idziemy do Białegostoku aby wstąpić do Ludowego Wojska Polskiego. A oni: –Co wy za jedni? Wy “Andrusi”? (Oni tak nazywali żołnierzy Armii Andersa).  Ja na to: -Skądże, jacy Andrusi! My zebraliśmy się w taką grupę i chowaliśmy się przed Niemcami, żeby nas nie wywieźli na roboty do Niemiec. Oni na to: -No charaszo. Oddajcie broń i idźcie do Białegostoku, do wojska. Tam wam dadzą broń.

Oczywiście, zamiast do Białegostoku poszliśmy w kierunku Janowa Podlaskiego. Tam pomiędzy Korycinem a Janowem był majątek Wilkindorf. Majątek ten był rozparcelowany i właścicielem dużej działki był niejaki Sobolewski, którego brat miał majątek w moich rodzinnych stronach i ja go dobrze znałem. No i my, a było nas trzech, poszliśmy do tego Sobolewskiego i wynajęliśmy się do pracy przy żniwach. Gdy jednak żniwa dobiegły końca to poczuliśmy, że jesteśmy “darmozjadami”. Opuściliśmy więc gospodarstwo, rozdzieliliśmy się i wyruszyliśmy w różnych kierunkach. Ja dotarłem w okolice Białegostoku, gdzie miał gospodarstwo pewien właściciel, o którym wiedziałem, że jego ciotka wyszła za mąż za Kulikowskiego w naszych Misiewiczach. No więc u niego zamieszkałem i pracowałem. Gospodarstwo otoczone było lasami, więc razem jeździliśmy po drzewo do lasu, a że mieliśmy karabin, to zdobywaliśmy mięso polując na zwierzynę leśną.    

W grudniu dostałem rozkaz przejścia na stronę Białorusi. Tam udało nam się w nocy opanować jedno więzienie. To właściwie był taki większy areszt w rejonie. Akcja odbyła się bez jednego wystrzału, bo strażnicy aresztu byli pijani i nie stawiali oporu. Dla pewności powyjmowaliśmy im zamki z karabinów. Wypuściliśmy z aresztu ludzi, ale tylko niektórzy skorzystali i uciekli. Byli jednak i tacy, którzy woleli pozostać w areszcie, bo po prostu bali się, że ich rodziny będą represjonowane. No cóż, trudno było ich przekonywać i zmuszać.

W lipcu 45-go roku podczas przekraczania granicy pod Grodnem na stronę polską miałem pecha i zostałem zatrzymany przez sowiecką tzw. “czerwoną miotłę”. Oni tam wyłapywali dezerterów i resztki partyzantów. Broni przy sobie nie miałem, bo zostawiłem ją ukrytą w Misiewiczach. Oni tam jednak pojechali, dowiedzieli się, że byłem organizatorem samoobrony w wiosce, no i tę moją broń im wydano myśląc, że jestem już bezpieczny za granicą w Polsce.  W konsekwencji 3 sierpnia 45-go roku aresztowano mnie zarzucając walkę z sowiecką partyzantką. Zaprzeczałem argumentując, że jaka walka, skoro żaden z sowieckich partyzantów nie był tam zabity ani ranny. No to zmieniono zarzut na uczestnictwo w polskiej organizacji antysowieckiej. Skazano mnie na 15 lat łagrów i 5 lat pozbawienia praw obywatelskich.

Trzymano mnie w więzieniu w Grodnie, potem w Moskwie, a ostatecznie 9 kwietnia 1949 roku znalazłem się w Workucie, w łagrze dla więźniów politycznych. Pracowałem tam początkowo przy robotach ziemnych, a następnie w kopalni węgla jako dyżurny elektryk.

Z czasem w obozie zorganizowano wieczorowe kursy technikum górniczego, na które zapisałem się, No i wieczorami, po dniu pracy w kopalni, uczyłem się i ukończyłem technikum.

Po śmierci Stalina w 1953 roku zwolnił się z pracy w naszej kopalni energetyk i wyjechał do Donbasu. Jego stanowisko objął starszy elektryk, a mnie awansowano na starszego elektryka. Wprawdzie wciąż jeszcze byłem katorżnikiem, ale dzięki temu stanowisku mogłem kupić sobie cywilne ubranie, płaszcz górniczy oraz motocykl. Nawiązałem też kontakty z sąsiednimi obozami, aby w razie potrzeby móc wesprzeć w pracy tamtejszych elektryków. Jednym z tych obozów był kobiecy obóz oddalony od naszego o 14 kilometrów. Tam były uwięzione m.in. Polki z Wilna i ze Lwowa, więc gdy przychodziło mi tam jechać, to koledzy pisali do nich grypsy i ja im te grypsy zawoziłem. No i w tym obozie poznałem swoją przyszłą żonę – lwowiankę Czesławę Chudzik. Ona po śmierci Stalina dostawała przepustki z obozu, bo jako plastyk malowała różne plakaty – a to w lokalnej szkole, a to w cegielni, czy nawet w sztabie strażników obozowych. Dzięki temu mieliśmy możliwości spotykania się.

W 56-tym roku zwolniono mnie z obozu z anulowaniem wyroku i z przywróceniem praw obywatelskich. Jako wolny człowiek 1-go maja 56-go roku wyjechałem z Workuty do Grodna. Tam spotkałem mamę, która akurat wróciła z zesłania do Kazachstanu oraz stryjka, który wrócił z Syberii. A że byliśmy już po słowie z Czesławą, więc pojechałem do Lwowa, żeby poznać jej rodzinę, no i jej rodzinne miasto. Następnie wróciłem do Workuty i tam pracowałem jeszcze przez półtora roku, aby mieć możliwość kontaktu z narzeczoną, a wkrótce moją żoną, bo 11 listopada tegoż 56-go roku zawarliśmy związek małżeński.

Żona wciąż odbywała długoletni wyrok jako więzień polityczny. Trzej moi znajomi, studenci wydziału prawa na uniwersytecie w Moskwie, postanowili jej pomóc. Szczegółowo wypytali ją do czego konkretnie przyznała się w śledztwie, a do czego się nie przyznała. Otóż skazano ją z artykułu 8-go za terror, czyli za to, że w ramach działalności partyzanckiej jakoby zlikwidowała jakiegoś sowieckiego agenta. Ona jednak w śledztwie przyznała się tylko do uczestnictwa w Armii Krajowej, ale nie do zabicia agenta sowieckiego. Zarzut ten, jak to sprawdzili, nie był oparty na zeznaniach naocznego świadka, a jedynie na tym, że ktoś usłyszał od kogoś taką właśnie wersję. W tej sytuacji owi studenci oprotestowali ten wyrok i wnioskowali o rewizję sprawy. W rezultacie powtórzonego śledztwa wyrok 20 lat katorgi został sądownie zmniejszony do 10 lat.  Oznaczało to jej uwolnienie, bo w obozie pracy przebywała jako katorżniczka już od ponad 11 lat. Aby mogła wolno przemieszczać się po terenie Związku Sowieckiego, czyli wrócić do Lwowa, koniecznym było wyrobienie tzw. “paszportu”. To jednak mogło okazać się niemożliwe, bo wyrok sądowy stwierdzał “utratę praw obywatelskich” jeszcze przez kolejnych 5 lat. Koniecznym było więc szukanie odpowiednich znajomości.

Jako starszy elektryk obejmowałem techniczną opieką nie tylko obóz przymusowej pracy, ale i tzw. “posiołek”, czyli lokalne osiedle. W Zarządzie “posiołka”, w dziale paszportowym, pracowała  Wiera Krokowska, co prawda komsomołka, ale zarazem Polka z Mińska. Sprowadziła ją tu z Białorusi ciotka, która była głównym buchalterem w naszej przy-obozowej kopalni. Ona skontaktowała nas ze swoją siostrzenicą, a ta wymyśliła sprytny plan. Trzeba było zaczekać na moment nieobecności w pracy urzędniczki wydającej paszporty na posterunku milicji w oddalonym o 2 kilometry miasteczku. No i gdy zdarzyło się, że owa urzędniczka była na urlopie chorobowym, to  w zastępstwie wydawaniem paszportów zajęła się Wiera Krokowska. I właśnie wtedy moja żona pojechała tam i otrzymała od Wiery paszport  Odbierając dokument żona chciała go otworzyć i sprawdzić, czy rzeczywiście nie ma tam adnotacji o utracie praw obywatelskich. Wiera powiedziała: -Nie otwieraj. Sprawdzisz to sobie w domu. No i  oczywiście nie było w paszporcie takiej adnotacji, bo Wiera wypisała go nie na podstawie wyroku uwolnienia z katorgi, lecz na podstawie metryki naszego ślubu. Tyle lat niby wynarodowienia, ale jednak odezwała się w niej polska krew i bezinteresownie pomogła mojej żonie.     

Tak więc po tylu latach katorgi mogliśmy już oboje wrócić do Lwowa, co stało się faktem 17 października 1957 roku. Tam okazało się, że w rodzinnym domu żony oprócz jej mamy zamieszkiwało jeszcze 5 lokatorów. Zresztą dzięki temu władze sowieckie nie znacjonalizowały tego budynku i mama żony zachowała swój dom. Ja zatrudniłem się w cechu rzemieślniczym jako elektryk. Tak się jednak złożyło, że dobrze znałem Żyda Glejzera, naczelnika Energo-Laboratorium i on zatrudnił mnie w tym laboratorium. Pracowałem tam aż do emerytury jako specjalista od pomiarów elektrotechnicznych.

Po przejściu na emeryturę zaczęliśmy z żoną opiekować się grobami naszych wielkich Rodaków spoczywających na Cmentarzu Łyczakowskim. Co roku przed Świętem Zmarłych żona robiła biało-czerwone lampiony, które stawialiśmy na grobach Grottgera, Ordona, Konopnickiej, Bełzy i wielu innych sławnych Polaków. Zapalaliśmy te znicze również na mogiłach powstańców listopadowych, styczniowych oraz przy Grobie Nieznanego Żołnierza na Cmentarzu Obrońców Lwowa. Wtedy jeszcze nie było wolnego wstępu na Cmentarz Orląt, ale dostawaliśmy się tam przez wyłom w murze i zapalaliśmy znicze.

W osiemdziesiątym dziewiątym roku polski “Energopol” wszedł na  Cmentarz Obrońców Lwowa. On z ciężkim sprzętem, a my, lwowscy Polacy, z rękami do pracy jako wolontariusze. Od pierwszego dnia tam pracowałem. A ponieważ żona była plastykiem, więc malowała tzw. “cegiełki”, które rozdawaliśmy na pamiątkę wycieczkowiczom, Rodakom z Polski i z innych krajów. Oni dobrowolnie składali nam pieniądze na odbudowę Cmentarza Orląt Lwowskich, no i uzbieraliśmy 12630 dolarów amerykańskich. Miałem na to oficjalne pokwitowania. Ówczesny prezes Czerkas chciał nam te pieniądze zabrać na potrzeby remontu siedziby Towarzystwa Kultury Polskiej Ziemi Lwowskiej argumentując, że na tych cegiełkach jest pieczątka Towarzystwa. Ja mu na to odparłem: -Owszem, panie prezesie, jest tam pieczątka, ale jest też tam napis “Na odbudowę Cmentarza Obrońców Lwowa”. Oczywiście, nie mogłem się zgodzić na żądanie prezesa, bo przecież nie taka była wola ofiarodawców. No i wówczas zarejestrowaliśmy nową organizację: Polskie Towarzystwo Opieki nad Grobami Wojskowymi we Lwowie. Statut był przedwojenny tylko troszkę zmieniony, no i inna nazwa, bo przed wojną była to “Straż Mogił Polskich Bohaterów”. Przez 7 lat bylem prezesem tego nowego Towarzystwa i w tym okresie odnowiliśmy polskie cmentarze wojskowe w Zadwórzu, Busku i Kurowicach.

(nagrał wspomnienie i opracował – Jacek Borzęcki)

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Skip to content