archive of freedom

Bolesław Opałek

   „Ze Lwowem łączy mnie tak wiele”

Wspomnienia ś.p. por. Bolesława Opałka (ps. „Żbik”) – żołnierza AK Okręgu Lwów, uczestnika akcji „Burza” we Lwowie, oraz wieloletniego prezesa rzeszowskiego oddziału Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich (w rozmowie z red. Jackiem Borzęckim w 2010 roku).

-Na Łyczakowie spędziłem swoją młodość, tę pierwszą, te 19 lat, bo tyle mieszkałem we Lwowie do roku czterdziestego czwartego. Ukończyłem tam szkołę średnią i brałem udział w “Akcji Burza” we Lwowie. Chodziłem po Lwowie z bronią i z opaską „AK” na ramieniu. Byłem widziany przez wielu mieszkańców Lwowa przez te parę dni “Akcji Burza”, no i potem groziło mi aresztowanie. Dlatego na początku sierpnia’44 wyjechałem ze Lwowa do Przeworska, gdzie mój brat był leśniczym w ordynacji Lubomirskich. Za parę dni przyjechało tam również kilku kolegów z mojego plutonu, którym zostawiłem ten adres opuszczając Lwów.

Urodziłem się i mieszkałem przy ulicy Piaskowej 25 we Lwowie. To była taka ulica pod Kajzerwaldem, pod piaskownią. To była ulica spokojna. Biegła od kościoła świętego Antoniego ku wzgórzom Kajzerwaldu. Była to zarazem ulica ciekawa dlatego, że tam mieszkało parę osób takich znaczących. Niedaleko mieszkał znany satyryk polski Marian Załucki, który zresztą był dobrze mi znany, bo w czasie okupacji niemieckiej w roku czterdziestym drugim trzecim uczył mnie, mego brata i swoją żonę języka angielskiego. A ponieważ był kolegą mojego starszego brata Wiesława, więc chodziliśmy przeważnie do niego do domu i tam przerabialiśmy język angielski. Niedaleko Załuckiego mieszkał doktor Knot, pracownik naukowy Uniwersytetu i późniejszy dyrektor Biblioteki Uniwersyteckiej we Wrocławiu i zarazem dziekan Wydziału Bibliotekarstwa na Uniwersytecie Wrocławskim. Dobrze go znałem, bo był przyjacielem mojego ojca. Jedną czy dwie kamienice niżej mieszkał Henryk Zwierzchowski, znany poeta lwowski. Był już wtedy w wieku dość starszym. Spotykałem go czasem na ulicy i znałem jego sylwetkę dobrze, bo to była taka sylwetka no właśnie takiego poety. W pelerynie chodził i czasem widywałem go wracającego w godzinach południowych z “Atlasa”, bo tam spędzał często nawet noce. “Atlas” to była znana bardzo artystyczna taka knajpa, mówiąc po lwowsku, a mieściła się w Rynku. Spotykała się tam “cyganeria” lwowska, czyli artyści. Częstym gościem bywał tam Jan Kasprowicz, bywał tam Hemar oczywiście, bywał też Parandowski. Plejada artystów spotykała się zazwyczaj właśnie w “Atlasie” i tam odbywały się takie artystyczne wieczory i noce, które zostały wpisane potem w naszą historię Lwowa i lwowskich sfer artystycznych. Dodam tu jeszcze, że przy ulicy Piaskowej urodził się – już w końcowych latach naszej obecności polskiej we Lwowie – poeta Adam Zagajewski. Napisał on kilka książek o Lwowie, między innymi taki długi wiersz drukowany powszechne dosyć: “Jechać do Lwowa”. Natomiast najdalej od początku ulicy Piaskowej, prawie przy kościele świętego Antoniego, mieszkał Zbysiu Herbert, mój bardzo bliski kolega. Chodziłem z nim przez cztery lata do Szkoły św. Antoniego. Ta szkoła mieściła się poniżej kościoła świętego Antoniego. Ze Zbysiem Herbertem należeliśmy razem do Kółka Ministrantów przy kościele franciszkanek. To było duże Kółko, bo grupowało kilkudziesięciu ministrantów, którymi opiekował się ks. Jan Sokołowski. Herbert był takim chłopakiem spokojnym, statecznym, zachowywał się bardzo taktownie. Wtedy już chyba myślał o Helladzie. Przejawiał to między innymi różnymi swoimi zainteresowaniami książkowymi i mówił czasem właśnie o tej Helladzie, o starożytności. No, już w nim kiełkowały te jego później przelane na papier tematy.

-O dawnych Lwowiakach, o rodowitych mieszkańcach dawnego polskiego Lwowa mówi się, że to są i że to byli ludzie niezwykli, bardzo utalentowani, bardzo energiczni i pełni humoru. Czy pan to potwierdza?

-Tak, potwierdzam to. Ja znam te wszystkie rzeczy z opowiadań raczej, bo byłem za młody, żeby się w tych kręgach obracać. Natomiast do tego środowiska należał mój ojciec, który był przede wszystkim pedagogiem, ówczesnym dyrektorem Szkoły im. św. Marii Magdaleny, ale poza tym był działaczem kulturalnym, współzałożycielem Towarzystwa Miłośników Książki i redaktorem “Przeglądu Nauczycielskiego” oraz historykiem Lwowa. Obecnie nawet w przewodnikach dotyczących Lwowa nazwisko mojego ojca jest umieszczane przeważnie jako znanego bibliofila, bo tym się zajmował. Zgromadził w naszym mieszkaniu bardzo dużą bibliotekę. Jeden pokój zawsze był wypełniony książkami i krąg tych osób, które ojciec znał, przewijały się również przez nasze mieszkanie. Byli to ludzie wybitni. No, przede wszystkim postacią taką czołową wśród tych ludzi to był pan Franciszek Biesiadecki, właściciel majątków. W okolicy Rohatyna miał 3 czy 4 majątki, a poza tym kamienicę we Lwowie przy ulicy Potockiego 50. To była słynna kamienica “Pod Orłami”, w której odbywały się bibliofilskie zebrania, na które przychodzili właśnie ci lwowscy bibliofile tacy jak Rudolf Mękicki – dyrektor Muzeum Historycznego Miasta Lwowa, jak Aleksander Semkowicz – znakomity człowiek jeśli chodzi o introligatorstwo. Miał on słynną introligatornię, w której najcenniejsze rzeczy u niego właśnie były oprawiane, w tym między innymi oryginał “Pana Tadeusza”. Następnie – Jan Parandowski, Stanisław Wasylewski. Znani historycy, poeci, bibliofile byli w tym kręgu ludzi, a ponieważ ojciec o tym często mówił i oni bywali w naszym domu, więc także ja ten właśnie krąg ludzi poznałem bardzo dobrze.  

-Proszę wspomnieć tę dzielnicę Lwowa, w której znajdował się Pana dom rodzinny.

-Ja mieszkałem właśnie przy ulicy Piaskowej. Tam mieli swoje domy Ukraińcy. Oni wybudowali nawet taki ciąg domów, który myśmy nazywali “ridna chata”. To było kilkanaście kamieniczek jedno piętrowych, w których mieszkali tylko Ukraińcy. Tak więc, jak z tego widać, ich zasobność i ich możliwości były dość duże. Ponadto mieli rozbudowaną swoją sieć gospodarczą. Mieli bardzo szerokie możliwości, jeśli chodzi o sprzedaż materiałów mlecznych przerabianych na różne pochodne rzeczy. To była “Torhowla”. W mieście było kilkanaście takich sklepów. Ukraińcy mieli ogromne możliwości rozwojowe i te możliwości wykorzystywali. No, była tam też oczywiście spora grupa Żydów, nawet większa niż ukraińska. Ci oczywiście opanowali handel. Przed samą wojną już były pewne takie odruchy, żeby ograniczyć ich władztwo w tej dziedzinie handlowej i dać możliwości Polakom do tego handlu. Jedna trzecia mieszkańców Lwowa to byli Żydzi. Co prawda również bardzo ludzie ciekawi. Wielu z nich powiązanych było z tymi sferami naukowymi, bo pełnili ważne funkcje naukowe. Przede wszystkim jednak słynęli z tego, że prowadzili handel książkowy, antykwariaty.  Słynne antykwariaty lwowskie to właśnie były w posiadaniu Żydów.

-Czy przed wojną były we Lwowie konflikty między-etniczne, czy raczej panowała tolerancja?

-Jeśli chodzi o Lwów, to zdarzały się właśnie przebłyski takiej działalności antyżydowskiej prowadzonej przez Narodową Demokrację. Bo ta formacja polityczna głosiła takie hasła, że Lwów powinien być aryjski i powinniśmy właśnie do tego dążyć, żeby ośrodki żydowskie ograniczyć w działaniu. Moi bracia studiowali: jeden był na Politechnice, drugi na Uniwersytecie. Tam działały te korporacje studenckie, no i Narodowa Demokracja właśnie skłaniała się do tych antyżydowskich działań. Co prawda moi bracia w Narodowej Demokracji nie działali, bo obaj byli w Legionie Młodych, a ta organizacja była związana mocno z ruchem legionowym.

-Od kiedy dało się odczuć we Lwowie ferment antypolski wśród Ukraińców?

-Były takie odgłosy, że takie powiedzmy nastroje nieprzyjazne rozpoczynają się wśród Ukraińców. Jednak te odgłosy dochodziły z prowincji, gdzie byli osiedlani koloniści wojskowi, zasłużeni żołnierze Wojska Polskiego. No bo była taka konkurencja, jeśli chodzi o gospodarkę wiejską na wsi, że koloniści mieli pewne uprawnienia zdobyte przez swoje zasługi wojenne, natomiast apetyt na parcelację mieli również Ukraińcy i też chcieli skorzystać z jakichś podziałów majątkowych. Jednak we Lwowie nie były to takie bardzo widoczne rzeczy. Natomiast zaczęło się to wszystko bardziej rozwijać w czasie okupacji – zarówno pierwszej sowieckiej, jak i później niemieckiej. No bo już nastąpiły takie drastyczne rzeczy, że we Lwowie został zamordowany słynny polski lekarz, doktor Bolesław Jałowy, profesor, który zresztą niedaleko nas mieszkał. Ten skrytobójczy mord odbił się szerokim echem. Tego mordu dokonał syn znanego lekarza ukraińskiego i tenże lekarz ukraiński tak bardzo przeżył ten niechlubny czyn swego syna, tak bardzo przejął się tym, że dostał zawału i zmarł. Ten incydent zdarzył się już w czasie wojny i bardzo zapisał się w mojej pamięci.

-Ludność ukraińska nie stanowiła dużej części mieszkańców przedwojennego Lwowa. Nieprawdaż?

-Jeśli Lwów przed wojną liczył te trzysta kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców, to Polaków było sto kilkadziesiąt tysięcy, Żydów około stu tysięcy, a Ukraińców chyba sześćdziesiąt tysięcy. Tak mniej więcej pamiętam te cyfry, które były przed samą wojną.

-Gdy Pan teraz odwiedza swoje rodzinne miasto, to jak Pan odbiera ten dzisiejszy Lwów? Niby ten sam, a może jednak już trochę obcy?  

-Zawsze bardzo przeżywam odwiedzanie Lwowa. To są moje spotkania z tym miastem, z którym przecież łączy mnie tak wiele. Z tym, że mam takie spostrzeżenia, że Lwów niestety upada, ginie, bo za mało zainteresowania jest tym miastem, szczególnie jego strukturą materialną. Niszczeją szalenie lwowskie budowle, nawierzchnie, chodniki i ta cała infrastruktura. Owszem, są widoczne przejawy pewnych robót dekoracyjnych, ale to jest tylko odnawianie frontowych części kamienic, natomiast zaplecze budynków, podwórza i te oficyny pozostają nietknięte i coraz bardziej zrujnowane. Ostatnio zrobiłem sobie spacer po tych łyczakowskich uliczkach i stwierdziłem, że te właśnie nawierzchnie, te chodniki, bruki, to wszystko jest szalenie zniszczone i temu się nie nadaje żadnej rangi.

-Bardzo dziękuję za rozmowę.

(Rozmawiał i opracował – Jacek Borzęcki)

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Skip to content