archív slobody

Jan Majchrowski

Wywiad z Janem Majchrowskim,

profesorem Uniwersytetu Warszawskiego, sędzią Trybunału Stanu, byłym wojewodą lubuskim i byłym sędzią Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego

Jacek Borzęcki: Jaki wpływ na młodzieńcze i dorosłe życie Pana Profesora miał dom rodzinny, wychowanie w rodzinie?

Jan Majchrowski: -Powszechnie się mówi, że dom rodzinny jest bardzo ważny, bo to on kształtuje młodego człowieka. Miłości do ojczyzny, do Polski, nabywa się po prostu z czasem, zwykle w rodzinie. Ja miałem to szczęście, że rzeczywiście dało się to wszystko wynieść z domu, i to dość łatwo. Ojciec  –  przedwojenny oficer zawodowy, rotmistrz kawalerii, potem pisarz, i wszyscy w rodzinie zawsze byli jednoznaczni w przeświadczeniu, że Polska całą swoją historią zasługuje na niepodległość i że PRL minie. Nikt z mojej rodziny nie splamił się kolaboracją z komunistami, nikt nie zapisał się do PZPR, czy jakiegoś stronnictwa satelickiego. Ojciec opowiadał mi – a był dużo, dużo starszy ode mnie – o 11 listopada 1918 roku. On widział to na własne oczy. Widział rozbrajanie Niemców w Warszawie. Był świadkiem tego „jak Polska wybuchła”, bo właśnie tak określał tamto odzyskanie niepodległości. Te uczucia do Polski zaszczepił we mnie, a Matka dodała swoje –  i to naznaczyło mnie na całe życie. 

-Miał Pan zarazem to szczęście bycia – razem z milionami rodaków – świadkiem „wybuchu Solidarności” w sierpniu 1980 roku. Proszę powiedzieć, jak 16-letni wówczas licealista przeżywał ten wspaniały okres w historii naszego kraju? A po niespełna 16 miesiącach – dramatyczne jego przerwanie?

Jan Majchrowski: To była euforia. Myśmy z zapartym tchem słuchali wówczas zagłuszanych przez komunistów rozgłośni: Radia Wolna Europa, czy Głosu Ameryki. Z wypiekami na twarzy słuchaliśmy, co tam się dzieje w tej Stoczni Gdańskiej.Pytaliśmy się wzajem: Co z tego wyniknie? Czy się uda? No i potem ten wybuch „Solidarności”! Ten wspaniały karnawał, niestety krótki, ale wspaniały. Dla mnie, jako młodego chłopaka był nieprawdopodobnie istotnym. A potem ta okropna noc stanu wojennego. I w tej dramatycznej sytuacji rzeczą zupełnie oczywistą było, że trzeba coś robić. Mój brat Tomek wyciął mi z gumki „myszki” (bardzo piękną zresztą) pieczątkę „Solidarność” – w oryginalnej pisowni, „solidarycą”. Powiedział, żebym chodził po Warszawie i pieczętował, co się da i gdzie się da. Pamiętam, że m.in. opieczętowywałem posiadane banknoty, stuzłotówki z Waryńskim, i puszczałem je w obieg. Płaciłem nimi w sklepach dając banknot tą „czystą” stroną do góry, a na odwrocie była pieczątka: „Solidarność”. No, ale mało miałem tych banknotów, bo nie byliśmy zamożni, więc nie wiem, czy wiele dotrwało do dzisiejszych czasów. W domu mam jeszcze jeden, czy dwa. Natomiast drugi brat, Jacek, brał udział w bardziej  poważnej działalności, bo z panią Ewą Tomaszewską (późniejszą panią poseł) przygotowywali różne pisemka, jakieś ulotki. W każdym razie on był redaktorem niszowego pisma „Kierunki”. To nie było jakieś bardzo istotne pismo w skali kraju, jednak oprócz tego przez jego ręce  przewijały się dużo ważniejsze „bibuły”. No i to on polecił mi dalej je rozprowadzać. Już go to nie obchodziło, gdzie i jak. Tak więc z Tomkiem Soczyńskim, moim dawnym kolegą z klasy, robiąc napisy na ścianach i rysując symbole „Solidarności”, roznosiliśmy także te gazetki po domach w śródmieściu Warszawy. Wkładaliśmy je do drzwi, albo pod wycieraczki. Dzisiaj to by się wrzucało do skrzynki pocztowej, ale wtedy te skrzynki były od zewnątrz zamykane. I pamiętam jedną taką historię, wówczas groźną, a z dzisiejszej perspektywy raczej zabawną. Otóż, zostało nam około 30 tych pisemek, takich małych gazetek, no i zastanawialiśmy się, który z kolei dom wybrać. Byliśmy akurat w Alei Pierwszej Armii Wojska Polskiego, czyli na dzisiejszej ul. Szucha. Tam były prawie same gmachy rządowe, ale zauważyliśmy jeden blok mieszkalny. Wydawał nam się zresztą jakby trochę inny, niż zwykłe domy. Była tam taka automatyczna bramka od ulicy, a na klatce schodowej były chyba wykładziny. W zwykłych peerelowskich domach czegoś takiego się nie widziało. Akurat jakaś kobieta wychodziła, więc udało nam się wejść przez tę bramkę. Pojechaliśmy windą na ostatnie piętro, no i tak jak zwykle, zbiegaliśmy po schodach i wkładaliśmy te gazetki pod wycieraczki. Na parterze już nam zabrakło gazetki dla jednego mieszkania. Wyszliśmy z tego budynku z poczuciem dobrze wypełnionego zadania. Jakież było kilka dni później moje zdziwienie, zabarwione trochę strachem, gdy w rozmowie z kimś dowiedziałem się, że to był budynek sowiecki, w którym znajdowały się mieszkania pracowników ambasady ZSRR. Ta zresztą znajdowała się niedaleko. Uświadomiliśmy sobie, że byliśmy jakby w paszczy lwa. Ale też z pewnym rozbawieniem zastanawiałem się później, czy uwierzono temu nieszczęsnemu mieszkańcowi z parteru, że naprawdę nie otrzymał tej solidarnościowej gazetki, skoro wszyscy inni otrzymali? Czy uwierzono, że – w przeciwieństwie do wszystkich innych mieszkańców – nie mógł jej otrzymania zgłosić właściwemu oficerowi KGB w ambasadzie? Może więc, podobnie jak w „Mistrzu i Małgorzacie” Bułhakowa, zakończyło się to zdaniem: „Przyznaj się, Iwanycz. Krócej będziesz siedział”. Zaśmiewałem się w duchu na myśl o takiej możliwości.

-Mieliście szczęście, że was tam nie złapano.

Jan Majchrowski: -No właśnie, dopiero później chodziła mi po głowiemyśl: „A co by było, gdyby nas złapano?” Oczywiście, dostalibyśmy wyrok kilku lat, bo za takie rzeczy wtedy wsadzano do więzienia nawet bardzo młodych ludzi. A tym bardziej w tym szczególnym przypadku, z sowiecką ambasadą w tle. A po latach myślałem sobie tak: „A kto by mnie sądził? Na pewno jakiś sędzia, który potem w Trzeciej Rzeczypospolitej zrobił karierę i znalazł się w Sądzie Najwyższym”. Otóż dzięki temu, że nikt mnie wówczas nie złapał i nie skazał,  mogłem skończyć prawo na UW. W 2018 roku trafiłem do Sądu Najwyższego, do Izby Dyscyplinarnej. No i kogóż spotykałem w tym Sądzie Najwyższym? Komu uchylałem immunitety na wniosek Instytutu Pamięci Narodowej? Ano właśnie takim sędziom, którym IPN chciał postawić zarzut zbrodni komunistycznej za skazywanie m.in. takich chłopaczków jak ja, którzy roznosili antykomunistyczne ulotki. Tę i inne historie ze stanu wojennego opisałem w wydanej ostatnio mojej książeczce: „Przeciw uzbrojonym analfabetom”.

-A może wrócilibyśmy jeszcze do tej drugiej euforii lat 80-tych, czyli do zwycięstwa Solidarności w wyborach do Senatu 4 czerwca 1989 roku? Ale zarazem i do tego rozgoryczenia wielu szeregowych działaczy opozycji antykomunistycznej, spowodowanego tajną umową w Magdalence, i oficjalną przy „Okrągłym Stole”, oraz ich konsekwencją w postaci wyboru komunistycznego generała, Wojciecha Jaruzelskiego, pogromcy „Solidarności” z grudnia 81 roku,  na pierwszego prezydenta III Rzeczypospolitej.

Jan Majchrowski: Oczywiście, doskonale pamiętam te wybory kontraktowe. Jako dwudziestopięciolatek kończący wówczas studia prawnicze, byłem całkowicie świadomym różnych niuansów tej polityki. I muszę powiedzieć, że wprawdzie była we mnie pewna gorycz, bo ja się w ten „okrągły stół” nie wpisywałem, to jednocześnie muszę wyraźnie podkreślić, że nie potępiałem i nie potępiam nikogo, kto przy tym stole z komunistami usiadł. Dzisiaj łatwo być mądrym, kiedy już wiemy, jak się historia potoczyła. Ale wtedy naprawdę nikt nie wiedział, jak się rozwinie sytuacja polityczna w Europie środkowo-wschodniej. I dzisiaj można powiedzieć, że paradoksalnie mieli rację zarówno ci, którzy byli przeciwko dogadywaniu się z komunistami, jak i ci, którzy to popierali. Dla mnie jedna rzecz jest istotna: jakie były ich intencje? Bo jeśli ich intencją – a nie brakowało też i takich – było podłączenie się pod ten dawny układ i wejście wraz z postkomunistami do nowej elity panującej nad społeczeństwem (jakby według scenariusza z „Farmy zwierzęcej” Orwella), to oczywiście ci zasługują na potępienie. Ale dla większości „okrągły stół” był po prostu drogą ku wolności i szansą na te wszystkie zmiany w kierunku stopniowej demokratyzacji Polski. W pewnym momencie padło przecież hasło przyśpieszenia, tak aby nie stać cały czas na gruncie tego „okrągłego stołu” i jego ustaleń, tylko pójść dalej. To hasło wiązało się z szerokim obozem popierającym wówczas Lecha Wałęsę, przede wszystkim ze środowiskiem Porozumienia Centrum. Ja byłem członkiem PC i nawet pełniłem tam pewne funkcje. Jako młody człowiek, ale znający dobrze języki obce, byłem przez pewien czas szefem Biura Zagranicznego Porozumienia Centrum, oraz przewodniczącym Komisji Zagranicznej PC. Ale muszę powiedzieć, że długo zastanawiałem się, kto tu ma rację: czy Lech Wałęsa, czy też coraz bardziej konfliktujący się z nim bracia Kaczyńscy? Dzień 4 czerwca 1992 roku był tym momentem, kiedy to ostatecznie opadły łuski z oczu. Byłem pod Sejmem 4 czerwca, w „noc długich teczek”, jak to niektórzy nazywają. I nigdy nie zapomnę pewnej sceny, dla mnie bardzo smutnej. To już było po wszystkim, już po odwołaniu rządu Olszewskiego. Otóż, stał tam jakiś człowiek, samotny człowiek z siatką w ręku, niezbyt dobrze ubrany, najwyraźniej ubogi. I on co jakiś czas wykrzykiwał na cały głos: „Zdrada narodu!”. Zapamiętałem jednocześnie wychodzącą głównym wyjściem z Sejmu grupę posłów Unii Demokratycznej, z Janem Lityńskim. Głośno się śmiali…

-Potem był rok 1997 i nowe nadzieje związane z rządem koalicyjnym Akcji Wyborczej Solidarność, z którym zresztą przyszło Panu współpracować.

Jan Majchrowski: –Tak, ale jeszcze wcześniej zostałem ekspertem Społecznej Komisji Konstytucyjnej NSZZ „Solidarność”. No i pracowałem w podkomisji, którą kierował Jan Olszewski. To była Podkomisja ds. Ustroju Politycznego. Pochlebiam sobie, że kilka własnych przepisów tam wywalczyłem i znalazły się one w solidarnościowym projekcie Konstytucji. No cóż, młodzi ludzie często są bardzo aktywni i dużo mówią. Mam więc tam jakiś udział, ale podkreślam, że to był tylko udział. Natomiast dużo później rzeczywiście pozwoliłem sobie o tym projekcie przypomnieć. Wtedy to namówiłem Marszałka Sejmu, Marka Kuchcińskiego i Marszałka Senatu, Stanisława Karczewskiego, no i przede wszystkim Jarosława Kaczyńskiego, żeby zrobić wielką konferencję w Senacie na temat projektu „Konstytucji Solidarności”. Pokłosiem tej konferencji była zredagowana przeze mnie książka „Konstytucja Solidarności”. Jest tam m.in. zapis naszych dyskusji z tej Komisji Konstytucyjnej NSZZ „Solidarność”, która wypracowała „Społeczny Projekt Konstytucji RP”. Prawie 2 miliony podpisów zostało później pod nim zebrane. Część tych naszych pomysłów i przepisów przeszła później do obecnie obowiązującej Konstytucji RP. A na bazie samej akcji konstytucyjnej „Solidarności” powstała Akacja Wyborcza Solidarność, która w 1997 roku wygrała wybory parlamentarne. Z takim dorobkiem związałem się z rządem, który wyłonił się z Akcji Wyborczej „Solidarność”. Zostałem najpierw doradcą w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji, potem podsekretarzem stanu i delegatem Rządu ds. reformy ustrojowej w województwie lubuskim. Razem z moim zespołem w MSWiA przygotowywałem podział kraju na okręgi wyborcze do pierwszych wyborów do Rad powiatów i do Sejmików województw.

-W wyniku owej reformy administracyjnej kraju powstało m.in. województwo lubuskie, którego wojewodą został właśnie Pan.

Jan Majchrowski: -Tak, zostałem pierwszym wojewodą lubuskim. Gdy pojechałem tam, a to było to bardzo „czerwone” województwo, to jako jeden z najmłodszych wojewodów (33 lata) wyciągałem „szabelkę” i prowadziłem różne walki, które pamiętają tam po dzień dzisiejszy. Symbolicznie wspomnę tu sytuację, gdy przecinałem biało-czerwoną wstęgę otwierając coś tam do spółki z przedstawicielem samorządu wojewódzkiego z SLD. Marszałek z SLD i ja mieliśmy przeciąć tę wstęgę po połowie. No i on przeciął akurat białą część, a dla mnie została ta czerwona. Przeciąłem ją więc z okrzykiem: „Ja tnę czerwone!”. Usiłowałem ciąć to „czerwone”, gdzie się dało, ale nie było to łatwe. Tzw. „swoi” z tego województwa nie pomagali. Dla nich było chyba najważniejsze, że w tym województwie byłem „obcy”, z Warszawy”, nie z lokalnego układu.  Wspominam też z pewną satysfakcją, że 11-go listopada zorganizowałem w Gorzowie Wielkopolskim pierwszy Marsz Niepodległości. Były to próby budzenia polskiego patriotyzmu w tym regionie. Ale muszę powiedzieć, że udało mi się spotkać tam wielu wspaniałych ludzi. Przykładem może być tu pani Elżbieta Rafalska. Była ona pracownikiem Urzędu Wojewódzkiego, i na początku miałem z nią nawet starcie. I po tym starciu, jak powiedziałem przekornie – „za karę”, uczyniłem ją dyrektorem Wydziału Spraw Społecznych Lubuskiego Urzędu Wojewódzkiego. Pani Rafalska często wspomina o tym osobliwym zakończeniu naszego ówczesnego konfliktu, i oczywiście jesteśmy od tamtego czasu w serdecznej przyjaźni.

-Czy jako były sędzia Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego mógłby Pan ocenić, czy rzeczywiście ustanowienie tego organu w ramach reformy sądownictwa było niezgodne z Konstytucją? Bo to właśnie zarzucała opozycja. I dlaczego się to nie udało?

Jan Majchrowski: -Co do Sądu Najwyższego i reformy sądownictwa, to nie wszystko się udało, bo niektórym zabrakło konsekwencji i odwagi. Zastrzegam przy tym, że w żaden sposób nie byłem zaangażowany w planowanie tej reformy. Z pewnością też można było ją zaplanować i przeprowadzić inaczej. Natomiast realizowałem ją jako najstarszy sędzia Izby Dyscyplinarnej SN i z tego tytułu p.o. Prezesa tej Izby  w początkowym jej okresie. Ale w pewnym momencie uniemożliwiono mi sądzenie sędziów, do czego właśnie zostałem powołany jako sędzia Izby Dyscyplinarnej. Przestraszono się TSUE. Za miraż pieniędzy z KPO nie oczyszczono sądownictwa z ludzi, którzy nie powinni w nim się znajdować, a mnie bezprawnie uniemożliwiono wykonywanie moich podstawowych obowiązków sędziowskich. W rezultacie musiałem zrobić to, co uważałem za słuszne: po serii oświadczeń, zaprotestować przez złożenie swojego sędziowskiego urzędu. Ktoś tu może powiedzieć: „No i co? Oni wygrali”. Jednak, jak się spojrzy na to z pewnej perspektywy, to myślę, że zwycięstwem jest zachować się jak trzeba. Ja czuję się zwycięzcą w tej rozgrywce. Nie wszyscy mogą to o sobie powiedzieć. A na czym miałaby polegać niezgodność z Konstytucją powołania sędziów do Krajowej Rady Sądownictwa wybierającej sędziów do SN i innych sądów? Naprawdę nie wiem. Każdy, kto przeczyta sobie art. 187 ust. 4 Konstytucji, powinien przyznać, że to, jak wybiera się sędziów do KRS zależy wyłącznie od kształtu ustawy, a zatem od woli Sejmu, w którym zasiadają przedstawiciele Narodu. Ci ludzie, którzy atakowali ustawy reformujące sądownictwo za ich rzekomą niekonstytucyjność, dziś zapowiadają jawne łamanie Konstytucji na kilku już polach.

-Po 8 latach rządów Zjednoczonej Prawicy, które – cokolwiek by im zarzucać – niesamowicie wydźwignęły nasz kraj ekonomicznie i cywilizacyjnie, a przy tym po raz pierwszy w niepodległej Polsce postawiły na równomierny rozwój kraju, oraz w dziedzinie solidarności społecznej. No i w tej sytuacji powstaje pytanie: dokąd zmierza Polska teraz? Co przed nami?

Jan Majchrowski: – Przez te 30 minionych lat szliśmy w kierunku wolnej, suwerennej Polski. Czasem szybciej, czasem wolniej. Przez te osiem ostatnich lat zdecydowanie szybciej i skuteczniej. Teraz przed nami noc. Dominujące siły w Unii Europejskiej szykują nam unicestwienie suwerennej polskiej państwowości. Widziałem to już dużo wcześniej. Nie ja jeden, oczywiście. Pochlebiam sobie, że w 2017 roku, w okrągłą rocznicę uchwały Sejmu RP „W obronie suwerenności RP ”, udało mi się wydać książkę w Wydawnictwie Sejmowym o tym samym tytule. To, co napisałem we wstępie do owej książki, było i jest jak najbardziej aktualne. Starałem się, żeby te słowa, to alarmujące wołanie, dotarło do posłów, do senatorów, do decydentów politycznych. Czy dotarło? Chyba z opóźnieniem. Dzisiaj jesteśmy w sytuacji daleko gorszej. Te tzw. reformy Unii Europejskiej, które właśnie się toczą,  mają spowodować likwidację Unii takiej, jaką znamy, oraz likwidację państwowości państw członkowskich. To już nie będzie ta Unia, na którą się godziliśmy i do której wstępowaliśmy w 2004 roku. Jeśli to wszystko, co się planuje, zostanie przeprowadzone, to najbardziej zagraża nam nie tylko ta strona instytucjonalna, konstytucyjna, ale jej dalsze konsekwencje dla naszej tożsamości. Bo to my, Polacy, musimy chcieć być wolnym państwem  i wolnym narodem. To my musimy pragnąć niepodległości, jak pragnęli jej ci, którzy byli w niewoli, i to nie tylko przez 123 lata, ale w niektórych regionach Polski znacznie dłużej. Tamci nasi przodkowie nie zaprzepaścili polskości. Zakonserwowali to, co stanowi o istocie narodu. I tylko dlatego mogliśmy się odrodzić. Nie możemy stracić tego, co stanowi naszą tożsamość. Nie możemy chcieć się wyzbyć Polski, jak zbędnego balastu, by rozpuścić się w europejskiej zupie, w której królować będzie obca nam ideologia i obca nam kultura polityczna. Nam niepodległość zabierano, rabowano, ale nigdy jako naród nie wyrzekliśmy się jej sami, z własnej woli. Jeśli byśmy coś takiego zrobili, to nie będziemy godni, by być wolnym narodem.

-O czym świadczy wynik tych wyborów? Czy dla znaczącej części polskich obywateli, w tym dla wielu młodych Polaków, 8-letnie rządzenie Zjednoczonej Prawicy po prostu zużyło się? Czy też może wtopienie się w europejskość jest dla nich wartością większą, aniżeli zachowanie suwerennego, niepodległego państwa polskiego? 

Jan Majchrowski: -Nie sądzę. Myślę, że głos w tych wyborach był, jak to często bywa w wyborach, głosem przeciw, a nie głosem za. Oczywiście, w jakiejś niewielkiej części był to świadomy głos za taką Europą, w której Polska jest jakąś prowincją, jakimś nieistotnym, niesuwerennym jej fragmentem. Jest taka część ludzi w Polsce i zawsze ona była. Byli w Polsce targowiczanie, byli rozmaici lojaliści w czasie zaborów, kolaboranci, członkowie KPP, folksdojcze, ubecy oraz rozmaici oportuniści i karierowicze. Ale to jednak margines. No cóż, od lat wszystko w Polsce działa jak wahadło: raz lewica, raz prawica. To wahadło tykało wcześniej co 4 lata, a od pewnego czasu zaczęło tykać co 8 lat. Najpierw przez tyle lat rządziła Platforma Obywatelska, a później Prawo i Sprawiedliwość. Zawsze jednak szliśmy do przodu. Ten ostatni etap, który kończy się jakąś porażką, nie jest porażką całkowitą. Wiele rzeczy udało się przecież zrobić. A co będzie dalej? Zobaczymy. Ważne, żeby ten polski zegar dalej tykał.

(Wywiad przeprowadził i opracował  Jacek Borzęcki)

Sfinansowano ze środków Narodowy Instytut Wolności – Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego Komitet do spraw Pożytku Publicznego
Rządowy Program Rozwoju Organizacji Obywatelskich PROO 1a
„Rozwój instytucjonalny i misyjny Przemyskiego Towarzystwa Kulturalnego”

Pridaj komentár

Vaša e-mailová adresa nebude zverejnená. Vyžadované polia sú označené *

Preskočiť na obsah