archivio della libertà

Janusz Horoszkiewicz

Wywiad z Januszem Horoszkiewiczem, opiekunem polskich miejsc pamięci na Wołyniu, uhonorowanym nagrodą “Kustosza Pamięci Narodowej” oraz autorem wydanej niedawno niemal 1000-stronicowej książki p.t. “A imię nasze Wołyńskie dzieci”.

-Panie Januszu, na początku tej rozmowy proszę opowiedzieć kilka słów o swojej książce, jaki temat porusza i co przedstawia?

– Trudno w kilku słowach, ale się postaram. Na podstawie kilkuset wywiadów z naocznymi świadkami opisałem chronologicznie wydarzenia wokół Huty Stepańskiej, tej wiekowej, szlacheckiej, wołyńskiej wsi. Ta wieś i sąsiednia Wyrka – za swoją heroiczną walkę z hordami banderowskimi – upamiętnione zostały na tablicach chwały Grobu Nieznanego Żołnierza w Warszawie. Czyż potrzeba więcej słów? 

– Proszę w takim razie opowiedzieć o losach swoich rodziców i dziadków, którzy mieli to szczęście, że udało im się ujść z życiem z tak zwanej “rzezi wołyńskiej”. Niewątpliwie to ich dramatyczne losy sprawiły, że dużą część swego życia poświęcił Pan na upamiętnianie krzyżami miejsc po spalonych wówczas i nie istniejących już polskich wioskach oraz na spisanie w swojej książce wspomnień setek uratowanych dawnych mieszkańców tych miejscowości.

-Te moje wołyńskie zainteresowania pochodzą od taty, dziś już 91-letniego Szczepana Horoszkiewicza. Od dziecka cały czas w opowieściach była tylko Huta Stepańska i te okoliczne wsie. Tato pochodził z Omelanki, wsi położonej w pobliżu Huty Stepańskiej i miał wtedy 9 lat. Te wszystkie dramatyczne wydarzenia w okolicy Huty Stepańskiej działy się na jego oczach i on to wszystko zapamiętał. Ludzie we wsi się znali i dużo o sobie wiedzieli. Gdy przepytywałem dawnych mieszkańców spisując monografię kilkudziesięciu wsi wołyńskich, to osoby urodzone na przykład w dwudziestym piątym czy w dwudziestym drugim roku potrafiły od pierwszego do ostatniego gospodarstwa swojej wioski przedstawić dane wszystkich mieszkańców – dziadków, rodziców i dzieci oraz historię tej wsi. Oni wieczorami się schodzili, a że nafta była droga, to przy palącym się łuczywie, w półmroku izby snuli te opowieści. Dzieci siedziały w kącie, nie odzywały się i tylko słuchały co dziadkowie opowiadali, co tata mówił, o czym wujkowie rozmawiali. No i mój tata właśnie z takiego domu wyszedł. Dzisiejsza młodzież nie ma takiego daru słuchania i przekazywania informacji, jak ci ludzie kiedyś mieli. Oni nie mieli radia, telewizji, internetu i telefonów, więc słuchali i potrafili po latach te długie opowieści odtworzyć w pamięci i przekazać młodszym pokoleniom. No i to jest właśnie zaletą tych ludzi, którzy już dożywają tych swoich ostatnich dni.

– Jak duża była Omelanka i kim w większości byli jej mieszkańcy?

– Omelanka to była wieś niewielka, licząca ponad 60 gospodarstw, a przy tym czysto polska. Nie było tam ani Żydów, ani Ukraińców, tylko sami Polacy. Zresztą cały ten rejon Huty Stepańskiej był zamieszkały prawie wyłącznie przez rodziny polskie. Dodam tu, że ta wioska stała się samodzielną parafią w 1922 roku, a w 34-tym została podzielona na dwie parafie: Huta Stepańska i Wyrka. Były to czysto polskie parafie. Na przykład w Hucie Stepańskiej liczącej ponad 220 gospodarstw oprócz rodzin polskich była tylko jedna rodzina mieszana, polsko-ukraińska, no i 10 rodzin żydowskich. Okoliczne wioski, na przykład Kamionka Stara, Borek, Siedlisko – również były czysto polskie. Można powiedzieć, że Huta Stepańska z okolicznymi wioskami była “wyspą” polskości otoczona ukraińskim “morzem”, czyli wielkimi ukraińskimi wsiami. Aby to obszarowo przedstawić, to ta “wyspa polskości”, czyli te dwie polskie parafie z okolicznymi wioskami stanowiły jakby prostokąt 20 kilometrów długi i 10 kilometrów szeroki.

– Kiedy banderowcy napadli na Omelankę i jak udało się Pana przodkom ujść z życiem?

-Wieś Omelanka została napadnięta, tak jak i wszystkie polskie wioski wokół Huty Stepańskiej i Wyrki, 16-go lipca 1943 roku. To stało się gdzieś po 10-tej w nocy. Wprawdzie w Omelance funkcjonowała samoobrona, ale nie była dostatecznie mocna. Raczej to było na tej zasadzie, że były wystawiane sąsiedzkie warty, które miały na wypadek jakiegoś zagrożenia alarmować wieś, tak aby ludzie mogli uciec. No bo nie było szans na obronę przed zmasowanym atakiem banderowskim. Natomiast szansą była ucieczka do otaczającego wioskę lasu, ewentualnie też do sąsiedniej Huty Stepańskiej, w której samoobrona była silna. Nikt jednak nie przewidział wielkości tego napadu. Banderowcy mocno się przygotowali i zgromadzili kilka tysięcy Ukraińców z okolicznych wiosek, zwanych przez Polaków „czernią”. Próbowali przede wszystkim odciąć Omelankę od Huty Stepańskiej i jednocześnie zaatakować Wyrkę. Gospodarstwo mojego dziadka znajdowało się na uboczu, jakieś parę kilometrów od wioski. Babcia z dziećmi spała w domu, a dziadek zawsze czuwał wypatrując ewentualnego ataku. Akurat tej nocy zmorzył go sen. O świcie zbudził go jeden z mieszkańców alarmując, że Omelanka została napadnięta. Dom dziadka znajdował się kilka kilometrów od wsi i był pominięty w czasie ataku. Kiedy więc rodzina spała, to nad całą okolicą jaśniała łuna ogromnego pożaru. Mieszkańcy ostrzeżeni przez samoobronę o zbliżaniu się banderowców rzucili się w popłochu do ucieczki. Niewielka część mieszkańców Omelanki zdołała się przedostać do Huty Stepańskiej, natomiast większa ich liczba skryła się w lesie. To była panika. Kto nie uciekał przed mordercami, to nie zrozumie tego, że w trakcie tej ucieczki pogubiły się rodziny i dopiero w lesie rodzice szukali dzieci, a dzieci rodziców. Mój dziadek z babcią i swoimi dziećmi ukrywali się w lesie w pobliżu ich gospodarstwa i przesiedzieli tam aż do 22 lipca. Babcia ryzykując życiem wychodziła z lasu do gospodarstwa, doiła krowy i jeszcze w domu przygotowywała żywność, żeby ukrywająca się rodzina miała co jeść. Myśleli, że może to się jakoś uspokoi i będą mogli wrócić do domu. Pewnego razu, gdy babcia doiła krowy, mój tata i jego dwie siostry usłyszeli strzały i prosili mamę, żeby już uciekać, a ona jeszcze dalej doiła krowę, żeby dzieci miały co jeść. No i w ostatniej chwili zdołali się wszyscy ukryć w krzakach, skąd mogli dostrzec przybyłych konno pod dom 11-tu banderowców. Nie wchodzili do wnętrza, tylko wyrwali sztachety z płotów i wybijali szyby wołając: -Wychodźcie z domu wy polskie świnie! Oni bali się wchodzić do domów bo wiedzieli, że mieszkańcy mają tam przygotowane widły, siekiery i mogą się bronić. Mój dziadek też trzymał w domu widełki do ściągania garnków z ognia, a na tamte czasy wyostrzone i przygotowane do walki, które zabrał z sobą do lasu. Ostatecznie banderowcy zaczęli strzelać w dom zapalającymi kulami i drewniany budynek kryty gontem szybko się zapalił i spłonął. Dziadkowie z moim tatą i jego dwiema siostrami ukrywali się w lesie przez dwa tygodnie razem z grupą około stu Polaków, nie tylko zresztą z Omelanki, ale i z innych okolicznych wiosek. W tym czasie Huta Stepańska po dwóch dniach obrony już padła. Jej mieszkańcy wycofali się z rana do Rafałówki, a w większości po południu 18 lipca do przystanku kolejowego przy Grabinie.

– A jak udało się tak dużej grupie Polaków przetrwać bezpiecznie w lesie przez dwa tygodnie? Czy Ukraińcy nie szukali ich tam?

– Owszem, banderowcy robili obławy i szukali. Nie mogli jednak zebrać dostatecznie dużej liczby Ludzi, żeby jednocześnie przeczesać cały ten duży kompleks leśny jaką była dawna Puszcza Stepańska. Tak więc jednego dnia robili obławę w jednej części lasu, a jakiegoś kolejnego dnia w innej części. Na szczęście jeden z ukrywających się Polaków miał szwagra Ukraińca, który ryzykując życiem przynosił nocami wiadomości, w której części lasu odbędzie się obława danego dnia. No i Polacy przemieszczali się z jednej części lasu do drugiej zgodnie z tymi informacjami.

– Ostatecznie Pana przodkowie bezpiecznie opuścili Wołyń. Jak do tego doszło?

– Otóż, pod koniec lipca niejaki Sulikowski z tej grupy Polaków ukrywających się w lesie opłacił Niemców stacjonujących przy stacji kolejowej w Rafałówce i zachęcił ich do wyprawy na Omelankę, żeby sobie zabrali ukrytą tam żywność: słoninę, miód. No i 30-go lipca Niemcy przyjechali trzema samochodami terenowymi i trzema motocyklami. Wówczas Polacy na koniach pojechali do lasu szukając i zwołując rodaków oraz zapewniając ich, że z Niemcami bezpiecznie dostaną się do stacji kolejowej w Rafałówce. Jednak tylko część ukrywających się rodaków zdołała wyjść na czas z lasu. Na szczęście był wśród nich mój tata Szczepan, jego siostry oraz rodzice – czyli moi dziadkowie: Ludwik z żoną Bronisławą. Wyruszyli oni z tą całą grupą w kolumnie pod eskortą Niemców i bezpiecznie dotarli do Rafałówki. Mój tata, który miał wówczas 9 lat, opowiadał, że Niemcy w samochodach terenowych co jakiś czas zatrzymywali się, bo jechali szybciej, niż kolumna ludzi idących za furmankami. Wspominał też o częściowo lub całkowicie spalonych polskich wioskach, przez które przechodzili. Niektóre domy zachowały się, bo jacyś Ukraińcy chcieli je rozebrać i przenieść do wioski ukraińskiej. Wtedy na budynku widniał napis, aby tego domu nie palić, bo weźmie go sobie np. Petro czy Wołodymyr. Tato opowiadał też o strasznych widokach jakie zobaczyli: na przykład ciało martwego Polaka siedzące (dzięki podtrzymującym kijkom) na zabitej krowie, a w innym miejscu martwy Polak w ten sam sposób posadzony na zabitej świni. Obraz jeszcze większej masakry zobaczyli, gdy dochodzili do mostu w Wyrce. Tam na drodze leżało dużo już rozkładających się ludzkich ciał. Odór był tak straszny, że konie nie chciały dalej iść i ruszyły dopiero wtedy, gdy mężczyźni długimi drągami pousuwali trupy z drogi. Na poboczach stały zniszczone furmanki świadczące o tym, że dokonał się tu dramat napadu banderowców na uciekającą grupę polskich mieszkańców z Huty Stepańskiej. Gdy w końcu kolumna na czele z niemieckimi “terenówkami” dotarła do stacji kolejowej w Rafałówce, to Niemcy wsadzili Polaków na pociąg i wywieźli w ostateczności do Niemiec na roboty.

– A jaki los spotkał pozostałych ukrywających się w lesie Polaków, którzy nie zdążyli zabrać się z Niemcami?

– W lasach utworzyła się druga grupa Polaków, która samodzielnie wyruszyła do Rafałówki. Dotarli do celu, ale udało im się to tylko dzięki temu, że zaprzyjaźniony z Polakiem kum Ukrainiec powiedział im, którymi dróżkami powinni iść, żeby nie spotkać patroli banderowskich. Poradził na przykład, żeby z Huty Stepańskiej nie iść do Rafałówki drogą przez las, bo tam jest banderowska blokada, tylko przejść w nocy drogą tuż za Policami, ukraińską wioską, bo tam akurat ich nie ma.

– Proszę teraz opowiedzieć o tej Pańskiej akcji stawiania krzyży w miejscach po spalonych polskich wioskach w okolicach Huty Stepańskiej. Kiedy po raz pierwszy podjął się Pan tego dzieła i jak wiele krzyży postawił Pan na Wołyniu, za co zresztą IPN przyznał Panu zaszczytny tytuł „Kustosza Pamięci Narodowej”? Jako dziennikarz uczestniczyłem w 2011 roku w pielgrzymce wołyńskiej, którą właśnie Pan zorganizował dla kilkudziesięciu Kresowian. Pamiętam tych kilkanaście ogromnych metalowych krzyży postawionych w miejscach po spalonych dawnych polskich wioskach. 

– W okresie od 2008 do 2018 roku udało mi się postawić w sumie około 50 krzyży, przy czym nie wszystkie były metalowe i nie wszystkie tak wielkie, niektóre okazałe, a inne biedne, proste. Pierwszy raz wybrałem się z tatą do Huty Stepańskiej w 2007-ym roku. Chcieliśmy zobaczyć tę dawną główną polską wioskę w tej części Wołynia, no i rodzinną wioskę taty – Omelankę. Wtedy jeszcze nie znałem żadnych książek na temat tej niegdyś czysto polskiej okolicy i jej zagłady. Nie wiedziałem wówczas, że generał Piotrowski napisał na ten temat książkę „Krwawe Żniwa”. Wiedziałem tylko to, co mi tata opowiadał, że wszystko zniszczone, że polskie wioski spalone, a ogromna ilość polskich mieszkańców  wymordowana przez Ukraińców. Miałem ze sobą sowiecką mapę Wołynia z 86-go roku, aby trafić do Omelanki. Wyjeżdżałem tam z bardzo pesymistycznym nastawieniem, bo nie spodziewałem się niczego dobrego po Ukraińcach. Podróżowaliśmy Volkswagenem Bora i gdy już zbliżaliśmy się do Huty Stepańskiej, to na głębokiej dziurze w drodze miska olejowa pękła po uderzeniu o kamień, olej się wylał i byliśmy totalnie uziemieni. Ja jednak od dawna miałem pasję do grzebania przy samochodzie, no i udało mi się jakoś skleić tę miskę rodzajem plasteliny zwanej na Ukrainie „chłodną zwarką”, którą akurat miałem ze sobą. Ku memu zdziwieniu pierwszy przejeżdżający samochód przystanął i kierowca spytał, jak mógłby mi pomóc w tej biedzie. Jak się dowiedział, że potrzebuję jedynie oleju silnikowego, to zadzwonił do brata i poprosił go o przywiezienie 5-ciu litrów oleju. Brat szybko przywiózł olej i policzył tylko tyle hrywien, ile zapłacił w sklepie. Chciałem im jeszcze dodać na flaszkę wódki, a oni na to, że chcieli pomóc, a nie zyskać na tym. Poza tym – jak powiedzieli – to wódki nie piją. Byłem kompletnie zaskoczony, że spotkałem tutaj życzliwych, szlachetnych ludzi. Podziękowałem, wlałem olej do silnika i za chwilę byliśmy już w Hucie Stepańskiej. Stanąłem przy cmentarzu. Za chwilę podszedł do nas starszy pan – jak się okazało pastor Piotr Maksymowicz Jurczuk od zielonoświątkowców – i mówi: -Ja wszystkich Polaków witam, jak tu przyjeżdżają. No i pyta dokąd chcemy dalej jechać. Odpowiedziałem, że do dawnej polskiej wioski Omelanka. A on na to: -To ja zaprzęgnę konia i was zawiozę, bo tam droga niedobra na samochód. Uświadomiłem sobie, że tu żyją dobrzy, życzliwi Ukraińcy, więc przełamały się moje stereotypy. Pastor Jurczuk został moim serdecznym przyjacielem. On urodził się w 27-ym roku. Opowiadał, że jak miał 12 – 15 lat, to do Polaków chodził pracować jako parobek. Znał wszystkich mieszkańców Omelanki, wymieniał ich z nazwiska i po kolei pokazywał gdzie stały ich domy. Poprosiłem, żeby zawiózł nas na uroczysko Klimowo, bo tam stał dom mego dziadka Ludwika Horoszkiewicza. A on na to: –W Omelance nie było Ludwika, ale był i tam mieszkał Jędrzej Horyszkiewicz. Pastor miał stuprocentową rację, bo wprawdzie mój dziadek miał w metryce napisane na pierwsze Ludwik, ale używał imienia drugiego i wszyscy mówili na niego Jędrzej. No i zawiózł nas na miejsce, gdzie po dawnym domu mego dziadka pozostało tylko pogorzelisko. Mój tata oczywiście rozpoznał wszystko i pokazywał, w którym miejscu był dom, gdzie stały budynki gospodarcze i gdzie była studnia, po której pozostało tylko zapadlisko.

– A więc ten wasz wyjazd na Wołyń zmienił Pańskie stereotypy  w odniesieniu do Ukraińców?

– Tak, całkowicie odrzuciłem ten stereotyp Ukraińca jako człowieka nieprzyjaznego nam Polakom. Zrozumiałem, że nie można oceniać obecnych mieszkańców Ukrainy na podstawie tego, jak ukraińscy nacjonaliści mordowali Polaków ponad 80 lat temu na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej. To są po prostu zupełnie inni ludzie.                

– Czyli to był ten impuls do kolejnych Pańskich wyjazdów na Wołyń i przyjaznych relacji z mieszkańcami tych miejscowości.

– W listopadzie 2008 roku, w Dzień Zaduszny moja rodzina ufundowała dla cerkwi w Hucie Stepańskiej duży dzwon odlany przez Ludwisarnię Felczyńskich w Przemyślu. Na tym dzwonie miał być odlany napis: „Dusze zagubione – do Najświętszego Serca Pana Jezusa wołam”. Czyli, że dzwoniąc, ten dzwon jakby woła te dusze. No bo tam w tych lasach, na tych bagnach leży masa zamordowanych i niepochowanych ludzi, których ten dzwon teraz woła. Niestety, pan Jan Olszański w tej odlewni dzwonów pomyślał sobie, że w tej nazwie jest pomyłka i że trzeba ją poprawić, no i w efekcie na dzwonie odlał taki napis: „Dusze zagubione do Najświętszego Serca Pana Jezusa wołają”. Oczywiście, nie dało się już tego zmienić. W każdym razie własnym autem zawieźliśmy ten ważący 220 kilogramów dzwon do cerkwi w Hucie Stepańskiej, gdzie został poświęcony i zawisł na dzwonnicy.

– A więc to był taki wstęp do tych wielu upamiętnień postawionych przez Pana na tamtym terenie?

– Niezupełnie, bo już wcześniej, w maju 2008 roku postawiłem pierwsze upamiętnienie. Na dawnym polskim cmentarzu w Hucie Stepańskiej postawiłem trzy żelazne krzyże: duży, średni i mały. Na nich upamiętniłem swoich krewnych: dorosłych, nastolatków i dzieci. Z naszej rodziny Ukraińcy zamordowali w sumie 18 osób, ale na tym krzyżu są wypisane nazwiska tylko tych krewnych, którzy mieszkali w Hucie Stepańskiej i w pobliskiej Omelance. Nie ma tam wymienionych osób z rodziny Klemensa Horyszkiewicza, zabitych w Parośli, bo nawet nie znałem imion ich wszystkich. Z pośród tych, których nazwiska widnieją na trzech krzyżach, nie wszyscy jednak są pochowani na tym cmentarzu, bo na przykład wujka zamordowali szucmani ukraińscy i nie wiemy w jakim miejscu zakopali jego ciało, choć wiemy w jakich okolicznościach zginął. Okrutne okoliczności śmierci opisałem dokładnie w swojej książce.

– Widziałem te trzy krzyże na cmentarzu w Hucie Stepańskiej, no i ciekawi mnie, jak udało się Panu przewieźć swoim autem te trzy krzyże, z których najwyższy miał chyba ze 3 metry? 

– Trzy krzyże splecione z sobą – to tak dla dokładności. Jechaliśmy w trzy osoby, a krzyże oczywiście wystawały z auta przez otwartą tylną klapę. Na przejściu granicznym Medyka-Szechinie bardzo przyzwoicie zachował się ukraiński pogranicznik, bo gdy zobaczył w naszym aucie te trzy krzyże, to przepuścił nas poza bardzo długą wówczas kolejką. Z kolei na trasie, a była to już godzina druga w nocy, zatrzymał nas ukraiński milicjant za przekroczenie dozwolonej szybkości. Mandat za szybkość był bardzo niski, natomiast zażądał bardzo wysokiego mandatu za otwartą w aucie tylną klapę. Twierdził mianowicie, że ukraińskie prawo drogowe wymaga aby w przypadku transportowania wystających z auta długich przedmiotów nie było żadnych pasażerów poza kierowcą. Odmówiłem zapłaty tak wysokiej sumy, więc milicjant zabrał mi prawo jazdy i dalej zajmował się kontrolowaniem szybkości jadących aut. No a my siedliśmy sobie w rowie i spokojnie piliśmy herbatę z termosów. Po dłuższej chwili milicjant wrócił  i opuścił mandat o połowę i jeszcze dodatkowo ostrzegł, aby nie jechać za szybko, bo 60 kilometrów dalej stoi taka sama milicyjna kontrola drogowa.

– To był rok 2008. A co działo się w kolejnych latach?

– Jeździłem tam stawiać krzyże co roku. Tylko raz nie byłem – w 2012 roku. No i początkowo dostawałem na piśmie wszystkie pozwolenia od lokalnych władz ukraińskich na te moje upamiętnienia.

– No właśnie, jak udawało się Panu uzyskiwać te pozwolenia?

– Wtedy czasy były tam, że tak powiem, normalne. Relacje pomiędzy Polakami a Ukraińcami rozwijały się w podobnym duchu, co między Polakami a Niemcami. Ocena „rzezi wołyńskiej” była tam negatywna, ale – jak mówili Ukraińcy – „my dzisiaj nie możemy odpowiadać za to co wtedy nasi robili”. No więc na moje pisemne prośby o pozwolenie na postawienie krzyży w miejscach po spalonych polskich wioskach odpowiadano, że w tym a tym dniu sprawa zostanie rozpatrzona na posiedzeniu Rady Wiejskiej, no i później przysyłano mi zgodę na oficjalnych pismach z podpisami i pieczęciami. Nie było z tym wtedy żadnego kłopotu. Relacje były dobre i wszystko szło w kierunku pojednania polsko-ukraińskiego. No i dopiero od tego „Majdanu Godności” w Kijowie w 2013 roku pojednanie się skończyło i w roku 2014 odrodził się – jak ja to nazywam – „banderowski diabeł”. On już, co prawda, wcześniej ”kiełkował”, ale z całą mocą odrodził się właśnie wtedy, po „Majdanie”. I najbardziej mam żal do polskich polityków, którzy wtedy jeździli tam, robili sobie zdjęcia przy banderowskich flagach i wykrzykiwali publicznie banderowskie powitanie „Sława Ukrainie”.

– A czy wcześniej, jeszcze przed „Majdanem, nie miał Pan problemów z tymi najstarszymi Ukraińcami, którzy kiedyś byli banderowcami lub ich popierali?

– Przyznam, że miałem wtedy okazję poznać wielu byłych wołyńskich banderowców, tych co byli w leśnych oddziałach, tych co zdobywali Hutę Stepańską. Udało mi się też porozmawiać z kilkoma byłymi łączniczkami banderowskimi. To słowo „łączniczka” jest przesadą, bo po prostu mam je wysłała, aby zaniosła do lasu jedzenie dla banderowców, a jak przyszli Sowieci, to wszyscy ci, którzy nosili żywność banderowcom, zostali uznani za współpracujących z nimi i byli skazywani na 10 czy 15 lat syberyjskich łagrów. A co do starych banderowców, to w szczególności takich dwóch nie tylko poznałem, ale i się z nimi zaprzyjaźniłem. To byli bracia Witoszkowie, bardzo starzy ludzie. Szczególnie dobre relacje miałem z braćmi Romanem i Aleksijem Witoszko. Obaj już nie żyją. Roman umierając miał 97 lat, a Aleksij – według metryki – 108 lat. No i przez te znajomości z nimi narobiłem sobie kłopotów ze Służbą Bezpieczeństwa Ukrainy.

– O co ich Pan pytał i co oni Panu opowiadali?

– Pytałem ich gdzie są zakopani Polacy zamordowani w wiosce Półbieda koło Stydynia Małego. No bo ten mord jest zupełnie nieznany, nawet pani Siemaszkowa w swojej książce nie wspomina o tym akcie ludobójstwa. Tam zginęło 75 znanych mi z nazwiska i imienia polskich mieszkańców i jeszcze jakaś dodatkowa liczba Polaków, którzy schronili się tam po ucieczce ze swoich wiosek. W Łodzi wciąż jeszcze żyje ksiądz Tadeusz Żurawski, naoczny świadek tej zbrodni. Udało mi się przeprowadzić z nim bardzo szeroki wywiad. Opowiadał, że 30 marca 43 roku o świcie banderowcy napadli na Półbiedę Stydyńską mordując Polaków siekierami i widłami. No więc po pewnym okresie znajomości z tymi Witoszkami, dzięki zaprzyjaźnieniu się z nimi, zacząłem ich wypytywać gdzie są zakopani Polacy z Półbiedy Stydyńskiej. Pytałem też o miejsce zakopania Polaków, których „pierwsi” Sowieci wywieźli z linii granicznej w Bartkówce koło Dynowa i przesiedlili akurat do naszej parafii, a w 43-im roku pięćdziesięciu czterech tych Polaków z Bartkówki zostało zamordowanych w na cmentarzu ewangelickim w Kolonii Stydyńskiej.  Żyją jeszcze naoczni świadkowie tej zbrodni. Mieszkająca w Bartkówce Irena Zawiślańska (po mężu Hadan) widziała na własne oczy jak banderowcy wieźli jej tatę na śmierć i jej starsza siostra pobiegła za tatą, więc wsadzili ją na furmankę obok ojca i oboje zostali razem z innymi zamordowani na tym cmentarzu. Irena schowała się w żyto i bała się wyjść, dzięki czemu przeżyła. Na kościele w Bartkówce wisi tablica pamiątkowa, na której wymienione są między innymi te 54 osoby z imienia i nazwiska. Nawiasem mówiąc, historię tych polskich wysiedleńców z Bartkówki opiszę w swojej kolejnej książce.

– O co jeszcze pytał Pan braci Witoszków?

– Szczególnie bliskie relacje miałem z Aleksijem Witoszko, którego wiele razy odwiedzałem w Stydyniu Wielkim i nieraz woziłem go swoim autem po interesujących mnie miejscach. Kiedyś spytałem go o miejsce zakopania 40-tu Żydów, których banderowcy zatrudnili w kwatermistrzostwie swego sztabu mieszczącego się w domu Lazarczuka w Hutwinie. Oni byli rzemieślnikami i tam pomagali w kuchni, szyli buty, szyli ubrania, a później banderowcy ich zamordowali. No i jak zacząłem mocno wypytywać o tych Żydów, to Witoszko nie chciał nic dalej mówić. Myślę, że wówczas zniechęciła go do wspomnień obecność kilku Ukraińców, którzy akurat podeszli i zaczęli przysłuchiwać się naszej rozmowie. Innym razem Aleksij pokazał mi miejsce gdzie zakopano zamordowaną rodzinę Polańskich. Wskazał fragment łąki i powiedział: -Tu oni leżą. Spytałem, czy jest tego pewien. A on rzekł: -Ja tu od dziecka mieszkam i dobrze pamiętam, gdzie ta cała rodzina została zakopana. Może metr w jedną czy w drugą stronę, ale na pewno to było tutaj. Nie pytałem go – kto ich zamordował? Po prostu nie chciałem przesadzić, bo pytanie o identyfikację zabójców mogłoby go zniechęcić do pokazywania takich miejsc. Ja to wszystko oczywiście zgłosiłem do Instytutu Pamięci Narodowej. Przyjechał do mnie pracownik IPN-u z Warszawy i przekazałem mu dokładne namiary (z zaznaczeniem na mapie) na 8 dołów śmierci, w których zakopano ciała pomordowanych Polaków.

– Jak długo utrzymywał Pan kontakty z Aleksijem?

– Prowadziłem z nim te rozmowy na przestrzeni trzech lat. A przed jedną z ostatnich zim przygotowałem zestaw 192 szczegółowych pytań dotyczących wydarzeń historycznych, w tym o kolejne doły śmierci i kto mordował? Pytania w języku ukraińskim wysłałem Aleksijowi listem poleconym do Stydynia Wielkiego, tak aby mógł przygotować się do kolejnej rozmowy ze mną podczas planowanej wizyty u niego. Ten list jednak nigdy do niego nie dotarł. Miałem pełne zaufanie do poczty ukraińskiej, bo organizując 3 pielgrzymki na Wołyń wysyłałem w listach pieniężne zaliczki, raz nawet aż 500 Euro, i zawsze listy z tą zawartością dochodziły do adresatów. A w liście do Aleksija nie było żadnych pieniędzy, tylko kartka z pytaniami, no i właśnie tego listu nie otrzymał. To był znak, że coś się tam niedobrego dzieje.

– Zadbała o to chyba Służba Bezpieczeństwa Ukrainy?

– Na to wyglądało, ale nie byłem jeszcze tego pewny. Natomiast potwierdziło się to po moim ostatnim wyjeździe na Wołyń. Otóż, w 2018 roku postawiłem kolejne dwa, ostatnie jak się okazało, upamiętnienia w postaci dużych metalowych krzyży w dawnych polskich wsiach Folwark oraz  Sunia nad Horyniem. Obie te wsie zostały unicestwione przez Ukraińców i nie pozostał po nich żaden ślad. Wcześniej w rozmowie telefonicznej zgłosiłem ten pomysł przewodniczącemu Rady Wiejskiej w Cepcewiczach Wielkich. On odpowiedział, że Rada nie będzie z tym żadnego problemu robić i można krzyżę stawiać. Zamówiłem więc okazały krzyż ze stalowego profilu 16 na 16 centymetrów. Na krzyżu była tabliczka, na której nie było napisane nic innego poza nazwą tej dawnej polskiej wioski. Gdy przyszło do stawiania krzyża, to przewodniczący Wiejskiej Rady powiedział, że trzeba mieć pozwolenie z Kijowa aby postawić ten krzyż. Jednak postawiłem go dokładnie w tym miejscu, gdzie stał za Polski. To miejsce wskazał mi tamtejszy mieszkaniec Stanisław Oczeretko i dość szczęśliwie się złożyło, że to publiczne dawniej miejsce znajduje się teraz na prywatnym polu Ukraińca. On zresztą nie miał nic przeciwko postawieniu go. Jednak za trzy tygodnie – już po moim powrocie do Polski – okazało się, że Krzyż został wycięty. Jak mnie poinformowali tamtejsi znajomi, przyjechała z Równego Służba Bezpieczeństwa Ukrainy i zmusiła tego przewodniczącego do zwołania nadzwyczajnej Sesji Rady Wiejskiej aby zagłosowała za usunięciem tego krzyża. Radni jednogłośnie wyrazili zgodę, czego później podobno bardzo żałowali. Ciekawe, że nie został wycięty – postawiony przez mnie w tym samym czasie  krzyż w pobliskim Folwarku koło Ostów, gdzie banderowcy zamordowali kilkudziesięciu polskich mieszkańców. Nawiasem mówiąc, historię wsi Folwark opiszę w kolejnej mojej książce.  

– Czy i w jakiś sposób zareagował Pan wobec SBU na to wycięcie krzyża?

– Z SBU nie chciałem korespondować, bo to jest – według mnie – instytucja łamiąca demokratyczne prawa człowieka i obywatela. Aby nie być gołosłownym, to wspomnę tu o ś.p. Piotrze Makarenko z Butejek, z którym się przyjaźniłem. To był dość niezwykły człowiek: pisarz, filozof, fotograf, a przy tym i kpiarz. Otóż napisał on książkę krytyczną wobec banderowców i własnym sumptem wydał ją w kilkudziesięciu egzemplarzach. Gdy przywieziono mu to wydanie i postawiono na ganku jego domu, to natychmiast zjawili się funkcjonariusze SBU i zarekwirowali cały nakład. SBU oskarżyła Makarenkę o prorosyjskość i spowodowała, że wiosną bieżącego roku został skazany na 3 lata więzienia. Czytając uzasadnienie wyroku dowiedziałem się m.in., że jednym z zarzutów było to, że pojechał do Moskwy rowerem! Ze względu na przebyte dwa zawały serca zawieszono mu ten wyrok, ale to go tak dobiło psychicznie, że w lipcu tego roku zmarł. No więc z SBU nie chciałem mieć żadnego kontaktu, to zresztą dłuższy temat, natomiast napisałem kilka listów do Rady Wiejskiej w Cepcewiczu Wielkim. Upomniałem w nich zarówno radnych, jak i przewodniczącego Rady, że wyrządzili zło, a według Ewangelii jeśli ktoś popełnił zły czyn, to powinien tego żałować i naprawić wyrządzoną krzywdę. Przewodniczącemu w szczególności zagroziłem, że jeśli nie przywróci tego wyciętego krzyża na swoje miejsce, to poinformuję Cerkiew o tej profanacji świętego symbolu chrześcijaństwa i w konsekwencji zostanie on moralnie i kanonicznie potępiony.

– Czy był jakiś odzew na Pańskie listy?

– Ze strony przewodniczącego Rady Wiejskiej była cisza. Ponieważ jednak w tych listach podałem swoje nazwisko i adres, więc w2019 roku nastąpiła reakcja, ale ze strony Służby Bezpieczeństwa Ukrainy. Otóż podczas próby przekroczenia granicy SBU wręczyła mi trzyletni zakaz wjazdu na terytorium Ukrainy z mocy artykułu 8 i 14. Nie wiedziałem co znaczą te cyfry, ale znajomy dziennikarz z Kostopola sprawdził, że chodzi tam o „osobę szczególnie niebezpieczną dla bezpieczeństwa Ukrainy”. Pewną ironią jest fakt, że ten zakaz i ocenę mojej osoby przez SBU otrzymałem akurat parę dni po uhonorowaniu mnie przez Instytut Pamięci Narodowej tytułem „Kustosz Pamięci Narodowej”. 

– Trzy lata już minęły, więc może mógłby Pan znowu pojechać na Wołyń?

– Na razie jest z tym problem, bo wciąż toczy się tam wojna. Ale jak się tylko uspokoi, to oczywiście będę chciał jeździć na ziemie moich przodków.

– Na zakończenie ostatnie pytanie: gdzie można nabyć Pana książkę?

– Książkę można nabyć bezpośrednio ode mnie, pisząc na adres mejlowy: [email protected],  lub poprzez „Fundację Wołyń Pamiętamy” (wystarczy wejść w Internecie na stronę Fundacji i tam zamieszczone są dokładne informacje).

-Bardzo dziękuję za rozmowę. 

(Rozmawiał i opracował – Jacek Borzęcki)

Lascia un commento

Il tuo indirizzo email non sarà pubblicato. I campi obbligatori sono contrassegnati *

Vai al contenuto